książkowy wtorek #1

Wtorek to dla mnie dobry dzień na tygodniowe czytelnicze podsumowania: pracowo /uczelnianie mniej intensywny, a zarazem po-weekendowy. Mam zamiar pisać co tydzień – krócej lub dłużej – jak wyglądało w danym tygodniu czytanie, czy jakieś książki nabyłam (czasem się zdarza) i co zamierzam czytać przez następny tydzień – oraz, czy czekam na jakieś premiery.

Skończyłam czytać… w tym tygodniu akurat dość skromnie – tylko Zła Matka Ayelet Waldman, o której już osobno pisałam tutaj, oraz The End of Men Hanny Rosin, który opiszę przy okazji wpisu o książkach około-feministycznych. Jak rzadko, obie własne (chociaż trochę żal mi pieniędzy wydanych na Rosin, niestety – potrzebna mi była).

Zaczęłam czytać lub dalej czytałam… po pierwsze, zbiór opowiadań Emmy Donoghue A woman who gave birth to rabbits. Już go nawet powoli kończę – wyjątkowo lubię zbiory opowiadań, a już najlepiej na czytniku, bo to doskonała lektura tramwajowa. To już mój drugi zbiorek Donoghue, w Polsce (i na świecie zresztą też) znanej chyba głównie z nieszczęsnego Pokoju – powieści inspirowanej Fritzlem. Zaczęłam swoją przygodę z Donoghue od tamtej powieści i nie byłam zachęcona – bo napisane było wartko i czytało się z zapartym tchem (przeczytałam w półtorej dnia bodajże), ale zostawiło mnie z wrażeniem niesmaku i niewłaściwości. Jakim prawem Donoghue korzystała z tej historii i to w taki sposób? Czy książka ta była bardziej sensacjonalizowaniem, czy rzeczywistym wkładem w rozmowę o przemocy i mediach? Chyba usiłowała być tym drugim, ale nie do końca moim zdaniem udanym. Niemniej jednak, zachęcana recenzjami jej wcześniejszych tekstów i tematyką jej opowiadań (oraz faktem, że miałam nadzieję na lesbijską powieść historyczną a la Sarah Waters), sięgnęłam najpierw po Slammerkin – powieść historyczną, która była niezła, ale wciąż jeszcze nie taka, a potem po bardzo chwalone w kanadyjskiej prasie Astray – i to już było to, czego szukałam.

Astray było zbiorem opowiadań o osobach, jak tytuł wskazuje, zabłąkanych, przemieszczających się, schodzących z ubitej ścieżki. Donoghue ma swoją technikę, której używała i w Slammerkin, i w Astray, i w A woman… i nawet, na swój sposób, w Pokoju: bierze skrawki bardziej lub mniej odległej historii i układa na ich podstawie swoją rekonstrukcję, mniej lub bardziej wierną faktom, które autorkę zainspirowały. W Astray były to między innymi historie emigrantów do Stanów Zjednoczonych czy Kanady, niewolnika otruwającego właściciela z pomocą właścicielki, kobiety żyjącej jako mężczyzna czy – jeden z lepszych tekstów – religijnego fanatyka bezpodstawnie oskarżającego sąsiadów o wszelkie możliwe perwersje. Motyw przewodni był zachowany, a całość wydawała mi się lepsza niż suma części – same z siebie opowiadania nie zawsze miały coś specjalnego, ale z perspektywy całości okazywały się cząstkami pięknie nakreślonego obrazu zagubienia ale też wyruszenia w nieznane, zabłąkania i odwagi.

A woman who gave birth to rabbits różni się od Astray na dwa sposoby – po pierwsze, jest przede wszystkim irlandzko-szkocka. Po drugie, jest z wszystkich dotychczasowych czytanych przeze mnie tekstów Donoghue chyba najbardziej lesbijskim tekstem. Tak jak w Astray, mamy tu kolekcję „odtworzonych” historii i nie są one bynajmniej wszystkie (ani nawet w większości) o lesbijkach, ale jest dość takich historii, by mnie ucieszyć. Nie mam tu też na myśli lesbijek w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, ale raczej próbę odtwarzania lesbijskiego kontinuum w historii, obecności kobiet, których związki z kobietami – o różnych poziomach erotyczności – są ich osią życia. Mamy więc parę obrończyń praw zwierząt, walczących o poparcie królowej Wiktorii dla projektu ustawy zakazującej wiwisekcji na zwierzętach niepoddanych nawet znieczuleniu. Mamy uczennicę zakochaną w guwernantce (kim jest guwernantka nie zdradzę, bo spoiler – ale ciekawa postać historyczna ;)). Mamy gruźliczkę chcącą umierać w towarzystwie ukochanej przyjaciółki czy przyjaciółki ukrywające się razem przed zarazą.

Opowiadaniom Donoghue czasem czegoś brakuje. Bywają trochę dla mnie banalne, przewidywalne, pozbawione momentu oświecenia, gdy odczuwam człowieczeństwo bohaterów jako aż namacalne. Innymi słowy – Donoghue nie pisze jak Alice Munro. Ale w tych królikach, obok opowiadań bez „czegoś” (np. tego o leczeniu histerii) jest też opowiadanie o kochance króla, opowiedziane w formie listy, które stanowi tak świetny meta-komentarz na temat metody pisania autorki, że aż mnie zachwyciło.

Donoghue pisze bowiem fikcyjne historie o ludziach – w oparciu o autentyczne dokumenty. A to opowiadanie to zbiór pewnych danych z dokumentów, ale ułożony – przedstawiony czytelniczce – tak, że sama musi stworzyć z nich historię, własną fikcję. Ilość sióstr, z którymi miał dziecko król: jedna. (To nie Tudorowie.) To opowiadanie było jednym z najkrótszych w zbiorze, ale robiło wrażenie. Po angielsku powiedziałabym – packed the punch.

Po drugie, kontynuuję dość powolną lekturę The Last Report on the Miracles at Little No Horse Louise Erdrich. Erdrich to sławna amerykańska pisarka rodzima, tłumaczona nawet na polski, której książki podobały mi się umiarkowanie – raczej tak, ale zwykle bez zachwytów. Raport jest bardzo pomysłowy, ale więcej napiszę, jak skończę go czytać, prawdopodobnie za tydzień.

W planach mam… Wielkiego Gatsby’ego 😀 Wypada sobie odświeżyć przed kinem, do którego muszę się wybrać. W zeszłym roku nie widziałam trailera, który podobałby mi się w połowie tak bardzo, jak Gatsby. Czekam niecierpliwie, przesłuchuję soundtrack i pragnę filmu. A w międzyczasie – książka, która na studiach podobała mi się bardzo i mam nadzieję, że teraz nie mniej.

Zakupiłam…  to, o czym pisałam we wcześniejszym wpisie, czyli Ayelet Waldman, Ewę Stachniak i Margaret Atwood.

Ostrzę zaś zęby na zakup dostępu do archiwum magazynu literackiego Granta. Zaczęłam oglądać po wyjściu numeru 123, z „nowymi twarzami literatury brytyjskiej”, ale cena na kindle’a była zaporowa. Potem cena ebooka zeszła do 2 funtów (!) i chciałam kupić… ale okazało się, że to oferta dostępna tylko dla rezydentów UK.

Ale można zamiast kupować e-dycję lub papierowe i dopłacać za przesyłkę kupić dostęp do archiwum czasopisma – za 13 funtów. I czytać wszystkie archiwalne numery (czyli, jeśli wierzyć reklamie, wszystkie oprócz najnowszego). Nie w całości, do czegoś może im brakować praw internetowych, ale podobno jest prawie wszystko. Więc ostrzę zęby.

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized, wtorek książkowy i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s