wtorkowy wpis podsumowujący – już #12

Wreszcie nieco ambitniejszy tydzień! Chwila oddechu i początek urlopu urlopowanego – i w rezultacie udało mi się przeczytać sześć książek. Co prawda w dużej mierze niezbyt długich, ale za to wartościowych.

Przeczytałam zatem… dwie pod rząd książki Iwony Chmielewskiej, nabyte na spotkaniu z autorką. Pamiętnik Blumki to dokument/świadectwo – książka dla dzieci napisana w formie pamiętnika małej dziewczynki z sierocińca Korczaka. Opowiada o szacunku do dzieci jako ludzi – i, oczywiście, o wojnie, która dla tych konkretnych dzieci oznaczała Auschwitz. Piękne ilustracje i mądre przesłanie. Może gdyby dzieci czytały to zamiast grać w strzelanie do nazistów, to mielibyśmy mniej ledwie podrośniętych antysemitów w okolicy (wieczny optymizm i naiwność się odzywa).

Cztery Strony Czasu zaś opowiadają o Toruniu na przestrzeni wieków. A więcej – jak zbiorę się na wpis.

Kolejny tom Cassie Cassandry Clare (w tandemie z Sarah Rees Brennan) cyklu o Magnusie, o którym już pisałam i pisałam. Więc tylko krótko: nie najgorsza część, tym razem wczesny XX wiek, ale zakończenie dziwne – czyżby set-up do nowego cyklu? A myślałam, że ma już pełne ręce, bo dwa projekty cykli jej się kroją. Ile można?!

Potem postanowiłam być ambitna i nadrobić jeszcze trochę klasyki – więc przeczytałam słynną sztukę z lat 50-tych, A Raisin in the Sun Lorraine Hansberry. Pierwsza sztuka czarnej Amerykanki na Broadwayu dość mocno przypominała mi brytyjskie A Taste of Honey (nawet tytuł wymową chyba ciut podobny – ktoś pewnie o tym licencjat napisał, albo tysiąc). Rasizm, bieda, a do tego rodzinne konflikty, czarna męskość i kobiecość, Afryka i Ameryka. Trudno powiedzieć, że mi się podobało, ale cieszę się, że jak następnym razem w serialu albo książce ktoś o tym wspomni, to będę wiedziała, o co chodzi 😉

The Red BookNastępną z kolei lekturą była kolejna książka nominowana do Women’s Prize w jej jedynym roku bez korporacji-sponsora. The Red Book brzmiało dla mnie ciekawie i bez innych zachęt – losy czterech kobiet dwadzieścia lat po ukończeniu Harvardu! Klasa kończąca szkołę w 1989 to prawie jak rówieśniczki mojej własnej mamy (która kończyła w 1987). Na losach bohaterek – i ich rodzin – odciska się kryzys finansowy, upadek dziennikarstwa amerykańskiego, ale pokłosie ma i rewolucja seksualna czy bańka dot.com. Mamy socialites i bootstrappers. Takie przekrojowe spojrzenie na wycinek społeczeństwa (współczesnego zwłaszcza) zawsze mnie kusi, więc już po zobaczeniu na wstępnej liście gotowa byłam przeczytać, ale gotowa bywam przeczytać wiele książek. Potem zobaczyłam jednak esej (felieton? Artykuł?) Deborah Copaken Kogan na temat nominacji – i jej opinia nt. postfeministycznych oskarżeń i marudzeń na melodię „po co nagroda dla kobiet-pisarek?!” przekonała mnie do niej ostatecznie.

Na goodreads dałam może na wyrost cztery gwiazdki – z perspektywy myślę, że może to 3,5 bliższe było trzem, że za wielkiego odcisku na psychice mi nie zostawiła, że – niesprawiedliwy zarzut i porównanie 😉 – Zadie Smith to to nie jest. Ale czyta się naprawdę dobrze. Taka powieść pociągowa, albo tramwajowa, albo plażowa, ale z rodowodem i pomysłem. Urzekła mnie struktura organizowana wokół wpisów z tytułowej czerwonej książki, w której co pięć lat absolwenci i absolwentki ‚apdejtują’ resztę swojego rocznika o swoich losach. Aż pożałowałam, że nasze uczelnie czegoś takiego nie mają – fejs fejsem, ale chętnie zobaczyłabym kilka akapitów streszczenia życia od swoich znajomych ze studiów (a uczący nas pewnie byliby ciekawi przynajmniej niektórych barwniejszych studentów). Ale uczelnie interesują tylko interesariusze a nie jakieś tam kto się ohajtał, ile ma dzieci i w co się angażuje.

No i absolwenci prestiżowych uczelni pewnie mają ciut ciekawsze losy pod względem Zostawania Nie Wiadomo Jak Ważnym Kimś, statystycznie przynajmniej.

(A najzabawniejsze w kontekście książki wydaje mi się istnienie trailera.)

No i poza tym – domęczyłam drugi tom erotyku Anne Rice, Beauty’s Punishment. Chyba sensowniejszy niż pierwszy, no i więcej (mam wrażenie?) seksu. Czytając nie mogłam powstrzymać się od dwóch myśli – po pierwsze, 50 odcieni może się schować. Tu nie ma żadnego „tam na dole” – zamiast tego anatomicznie zadziwiające tortury związane z wsadzaniem panów na pale (Sienkiewicz zawsze wydawał się ciut perwersyjny, ale teraz bardziej). Wszystko dalej ma formę swoistej alegorii i dla odmiany nawet trochę fabuły (i zaczęłam zapamiętywać niektóre postaci), ale całość (i tu się pojawia druga myśl) bardzo psuje słownictwo (nie ma tam na dole, ale „welts”, „quiver” i „strain” było naprawdę za dużo).

Jestem w trakcie… Wreszcie zabrałam się za Rose Under Fire. Słusznie czekałam na konieczność podróży, bo jest na nią idealne – tak emocjonalnie wykańczające, że nawet nie widzi się, jak czas płynie. Gorzej, że dwa razy prawie nie wysiadłam na własnym przystanku 😉 To sequel do innej znakomitej powieści dla młodzieży Elizabeth Wein, Code Name Verity. Nie ma rozmachu stylistycznego i pomysłu pierwszej części i wydaje mi się na razie (może naiwnie) że odrobinę mniej mnie emocjonalnie rozłoży na łopatki – bo historia jest obiektywnie gorsza, Ravensbruck a nie okupowana Francja i pojedyncze gestapo – ale to okropność, na którą jestem lepiej przygotowana. Ale może sobie wmawiam.

Code Name Verity jest świetne. Udowodniło mi, że można pisać o drugiej wojnie dla młodzieży i będąc „z zewnątrz”. Było intymne, czułe i o dziewczynach na wojnie, fikcja pokazująca troszkę prawdy. Rose Under Fire cierpi trochę na porównaniu – oraz z uwagi na nie zawsze trafioną symbolikę. Imię bohaterki (Rose Justice) wydaje się być zbyt specjalne, pisanie przez nią poezji – przesadzone. Nie poczułam jeszcze do niej takiego ładunku emocji jak do  bohaterek Verity.

Ale to, że przesłaniem jest – światu nie wolno zapomnieć; nie wolno nie wierzyć; nie wolno udawać, że nie było – odkupuje te grzechy.

Wśród bohaterek są zresztą tłumy kobiet i dziewczyn z Polski – niestety, sposób zapisu ich imion nie jest stały :/ To znaczy, jedna z głównych bohaterek to Róża i ma wszystkie znaczki jak trzeba, ale inne, trzecioplanowe postaci są już np. „Vladyslawą” i wiem, czemu, ale trochę mnie to drażni. Czy czytelnik nie może wysilić się na patrzenie na (bardziej) obce imiona? Czy autorce i redakcji o tyle trudniej byłoby to ogarniać? Wystarczyłaby w redakcji jedna osoba znająca polski, która by sprawdziła poprawność. Oczywiście jest to też kwestia punktu widzenia – to bohaterka pamięta te wszystkie imiona i tylko Różę zna na tyle dobrze, żeby może móc pamiętać takie szczegóły, a imion pozostałych w piśmie prawdopodobnie nigdy nie widziała i to ona je zapisuje. Ale i tak. Wolałabym.

Najstraszniejszym motywem w tym wszystkim jest świat niedowierzający w zbrodnie obozów. Postaci mówiące, że to musi być propaganda, to się nie dzieje, niewierzące docierającym do nich z drugiej ręki relacjom ofiar. Więźniarki w obozie żyjące obsesyjnym pragnieniem powiedzenia światu, co im zrobiono. Spodziewające się śmierci, ale bardziej bojące się zapomnienia. (Bardzo się cieszę, że moja szkoła zabrała mnie kiedyś do Auschwitz.)

A poza tym – po trochu czytam Overloaded Imeldy Whelehan (takie o feminizmie w UK) i zobaczymy, co dalej. Czekam na tę nową Jadowską, niech wreszcie pojawi się ebook. Rozważam lekturę jakiejś wcześniejszej Gillian Flynn na drogę powrotną – Gone Girl było w sam raz mroczne i ponure i wciągające do pociągu, a poprzednia powieść Flynn jest o masowym morderstwie podobno dokonanym przez satanistów (ale czy naprawdę?) – taki thriller na pobyt u rodziny wydaje się w sam raz.

W międzyczasie na świecie zaś pojawiły się nominacje do Bookera. Jeszcze nie widziałam wpisów ładnie opisujących nominacje, a sama znam autorów tylko czworo, w tym dwoje czytałam (Jhumpę Lahiri i Tasha Aw – przy czym Lahiri była okej, ale bez szału, a Tash Aw mi się średnio mniej niż bardziej podobał), więc nie wiem, czy coś z tej listy jakoś bardzo mnie kusi. Ale wszystko przed nami.

Tash Aw, Five Star Billionaire (Fourth Estate)

NoViolet Bulawayo, We Need New Names (Chatto & Windus)

Eleanor Catton, The Luminaries (Granta)

Jim Crace, Harvest (Picador)

Eve Harris, The Marrying of Chani Kaufman (Sandstone Press)

Richard House, The Kills (Picador)

Jhumpa Lahiri, The Lowland (Bloomsbury)

Alison MacLeod, Unexploded (Hamish Hamilton)

Colum McCann, TransAtlantic (Bloomsbury)

Charlotte Mendelson, Almost English (Mantle)

Ruth Ozeki, A Tale for the Time Being (Canongate)

Donal Ryan, The Spinning Heart (Doubleday Ireland)

Colm Tóibín, The Testament of Mary (Viking)

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „wtorkowy wpis podsumowujący – już #12

  1. Girl pisze:

    Ja nawet po tym opisie Rose Under Fire nie mogę :((

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s