Zwycięzca bierze wszystko, podobno

Nie taką recenzję miałam zamiar pisać. Od kilku miesięcy czekałam na nową powieść Anety Jadowskiej, potem niecierpliwiłam się, że jeszcze nie ma ebooka. To miała być wakacyjna przyjemność. A niestety, jestem bardzo, bardzo zawiedziona.

 

Aneta Jadowska, Zwycięzca bierze wszystko. Seria [Heksalogia] o Dorze Wilk, t. 3. Wydawnictwo Fabryka Słów 2013, czytane w ebooku. 2/5.

17982510

Krótszą formę tej recenzji wrzuciłam już na swoje goodreads, gdzie też widać moją ocenę „gwiazdkową”. A jestem dość liberalnym gwiazdkowiczem, więc 2/5 to słabo.

To będzie dłuższy tekst, ale mam nadzieję, że uda mi się go jakoś rozsądnie poukładać. Spis treści jest zatem taki: ogólne uwagi i spostrzeżenia / oczekiwania, wrażenia z lektury pierwszego rozdziału, co mi się naprawdę podobało, co mi się bardzo nie podobało (z podziałem na „ideologicznie” i „merytorycznie”). BARDZO dużo spoilerów.

Najpierw caveat – pewnie nie sięgnęłabym po Jadowską w ogóle, gdyby nie osobiste połączenia. Jak już gdzie indziej pisałam, mamy za sobą te same studia (jedne z nich), z tym samym pewnie zestawem egzaminów i profesorów (Ingarden!), miasta wspólne. Lubię czytać o Toruniu, lubię osadzoną lokalnie fikcję. Z Jadowską, zanim została wydaną autorką, kilka razy byłam w jednym pomieszczeniu i  ja ją kojarzyłam, a ona mnie raczej nie. Znam kilka osób, które stanowią trzon jej fandomu. Tym bardziej przykro mi krytykować.

Jakie byłyby moje oczekiwania wobec tej książki? Chciałabym zaznaczyć, że nie jestem literacką snobką. Lubię popularną kulturę. Nie oczekuję wielkiej głębi ani ideologicznego puryzmu od „genre fiction”. Pratchett (ok, on akurat MA głębię) to jeden z moich ulubionych pisarzy, wychowywałam się na fantastyce i Sapkowskim, wczesne tomy Harry’ego Pottera znałam na pamięć. Z przyjemnością przeczytałam w ostatnich latach Mirę Grant i N. K. Jemisin, o Kate Elliott nie wspominając, uważam że Percy Jackson jest przeuroczy, zęby zjadłam na Neilu Gaimanie (jak Jadowska chyba zresztą też). Ba, jestem w stanie dobrze się bawić czytając Cassie Clare, czyli coś na styku Twilightu i Harry’ego Pottera (co zresztą ma z Jadowską parę punktów stycznych). Oczekiwałam zatem: wartkiej akcji, sympatycznych postaci, przyzwoitej uważności w pisaniu i korekcie, nierzucającego się w oczy „przezroczystego” stylu i braku kilku izmów: seksizmu, rasizmu, takich tam. Część tych oczekiwań została spełniona – akcja była wartka (ale nie w całości książki, początek się ciągnął, ekspozycja bywała taka sobie). Postaci były sympatyczne – ale z wyraźną przewagą MĘŻCZYZN. (Czy to dlatego, że targetowa czytelniczka to heteroslasherka?) I to by było na tyle, bo uważnie napisana ta książka nie była. Korekta leży. Redakcja leży. Styl miejscami naprawdę drażni (już w recenzjach poprzednich częsci pisałam, że irytują mnie np. anglicyzmy, bo nie są uzasadnione fabułą ani worldbuildingiem). Seksizm zaś mnie oszołomił. Przypominał mi ewidentne źródło inspiracji autorki (poza Sandmanem) czyli Supernatural. Słynne ze swojego seksizmu i mizoginii, a wcale nie słynące z mocnego budowania mitologii. Charakteryzujące się gęsto padającymi epitetami, najgorszymi demonicami, idealizacją męskich relacji i pokręceniem mitologii byle pasowała pod wątek danego tygodnia. A, i przerabianiem pomysłów z Buffy i X-Files.

Poprawę w stosunku do poprzedniego tomu widać było pod dwoma względami – a) postaci wreszcie się przeseksiły [ile można? ;)] i b) nie było kolejnych pojazdów pod adresem Twilightu i hip-hopu. Obawiam się niestety, że b) wróci za to w części 4. Pożyjemy, zobaczymy.

Poniżej spisane przeze mnie na bieżąco wrażenia z pierwszego rozdziału. Wtedy myślałam jeszcze, że będzie to inna trochę recenzja 😉 Są po części w formie dialogów z Żoną (Ż), która lepiej pamiętała pewne rzeczy i mi objaśniała.

L: Ej, czemu tu jest napisane, że pierwszy w historii triumwirat? Jak może być pierwszy w historii i mieć nazwę?
Ż: Bo Lucyfer, Gabriel i Michał wcześniej mieli.
L: A, pamiętam. I teraz nasi bohaterowie mają.
Ż: Jedni nazywają to triumwiratem, inni threewayem.
L: Gross m/m/f-ness ahoj.
Ż: No właśnie m/f/m niby.
L: JASNE. Wszyscy tak mówią.
Ż: Przypadkiem się dotknęliśmy FUJ FUJ RATUNKU.
L: It’s okay when it’s in a threeway, it’s not gay when it’s in a threeway. Ale dalej uważam, że powinno być „pierwszy w historii TAKI triumwirat”, jedno słowo wiele zmienia.

eternal1

 

L: Co to pełnia majestatu?
Ż: No ten, pamiętasz…
L: A, ostatnia przemiana czarodziejek. Ze skrzydełkami.
Ż: Mniej więcej.
L: Jest coś ironicznego w naśmiewaniu się ze sparkly wampirów i pisaniu o lśniących skrzydełkach.

 

Gabriel: Panienka coś za bardzo protestuje.
Ż: Dobry archanioł ma zawsze dzieła zebrane Szekspira na półce.
L: Ale brzydko i agresywnie „lady” tłumaczy.

L: Leon nie może po prostu być silnym czartem. Nie, musi być „najgroźniejszym i najtwardszym generałem piekielnych zastępów w historii”. A jej boyfriendzi to royalty z obu stron teologii chrześcijańskiej, a jak miała one night stand to też z jakąś szychą, a sama jest SuperHiperMegaReinkarnacją Królowej Serenity czy czegośtam. Czy mogłaby czasem wpaść na kogoś ze zwykłymi mocami? Tylko czekam, co się okaże w temacie Witkaca. Siedzący Byk i sam Wielki Manitou.
Ż: No, taki awans nawet w True Blood zajął im kilka sezonów więcej.
L: Alternatywna teoria jest taka, że w rzeczywistości wszyscy bohaterowie są zupełnie zwyczajnymi słabeuszami z mocno rozwiniętymi delusions of grandeur. TO MÓJ DZIADEK, LUCYFER. Kamera na bezzębnego staruszka z miską zupy. NIE DRAŻNIJCIE GO BO POZNACIE GNIEW SIEDMIU PIEKIEŁ i ciśnie w was łyżką.
Ż: Wszyscy cały czas krzyczą i histeryzują w pierwszym rozdziale, to może przydawać twojej teorii wiarygodności.
L: To taka oznaka naszej starości, chcemy, żeby ludzie mówili do siebie INSIDE VOICES. INSIDE VOICES.

Katarzyna, Osoba Wielce Ważna, Poważna i Starsza: [słowo w słowo] Nie bądź dupkiem, Roman.
L: Naprawdę nie przeszkadzałoby mi, gdyby różne postaci mówiły różnymi stylami i rejestrami. Zwłaszcza, gdyby tak przyhamować rejestry niskie. Bo to brzmi jak outtakes reel.

Roman: Daywalker.*
[*Def. za Urban Dictionary: One who is a ginger, but can also travel in the daylight with no negative side effects except for being ridiculed by others for being a ginger. // Osoba ruda, mogąca poruszać się w słońcu bez negatywnych skutków ubocznych poza byciem wyśmiewaną z uwagi na bycie rudą.]

Czemu polskie stworzenia paranormalne nie mają polskich określeń na same siebie? Czy „daywalking” jest importem amerykańskim? Rozumiem, że urban fantasy jest, ale skoro już udajemy, że wszystko dzieje się w Toruniu, który magicznie jest (sądząc po nagromadzeniu Super Ważnych Osób) stolicą paranormalności, to czemu, u licha, nie ma tu polskiego słowa? O „Gabe” i „Luc” i tym, jak bardzo nie trawię tych zdrobnień nawet się nie wypowiem.

„wściekłej twarzy suczy” -> „jej wściekłej twarzy” – fixed it for you i od razu lepiej.

„Erekcja napierała na mój brzuch, nie bacząc na dżinsy…”
Po pierwsze, uwielbiam personifikowane stany podniecenia od czasów sławnego Chestmonstera. Po drugie, tak z ciekawości pytając: czy w polskim się tak używa „erekcja” metonimicznie? Stan ma oznaczać penis w owym stanie? Nie mam na koncie dużo pornografii po polsku, żeby się orientować.

Całe to zdanie drażni mnie, gramatyka nie podpowiada czyja, w zasadzie może to być erekcja Dory. A potem nie jest lepiej – „był to” „to było” i krzyczące ciała. W ogóle tam jest tyle krzyczenia, że bohaterów czeka choroba zawodowa przed czterdziestką. Ratujcie gardła, nie krzyczcie połowy dialogów. Ale oni nie siedzą w klimie, może to pomaga.

„Wybacz, słonko, potrzebuję trochę przestrzeni” trzy linijki później zostaje określone jako „przemowa o potrzebie przestrzeni”. Miron powinien iść w politykę, złotousty mówca :> Albo Dora już naprawdę bardzo stronniczo podchodzi do padających z jego strony słów!

I to by było na tyle w kwestii pierwszego rozdziału. Poza tym, że nie wiem, czy w papierowej wersji jest tak samo, mam nadzieję, że nie, ale w ebooku na stronie 3? 4? jest lista tytułów książek Jadowskiej…

zwyciezca

Co mi się najbardziej podobało?

Podobało mi się to, jak wartko akcja biegła tak od 2/3 do końca. Miałam akurat iść spać i zamiast tego siedziałam jeszcze półtorej godziny, żeby skończyć. Sąd anielski [nie piszę ostateczny, bo jestem katolicką purystką religijną, sąd ostateczny następuje po końcu świata a nie ;D] miał swoje niedociągnięcia (to są oczywiście kwestie osobistych preferencji, ale czemu cela była betonowa a nie np. utkana ze światła, czemu Mironowi i Lucyferowi wolno było być przy tym obecnym, czemu homoerotyczne nierealizowane uczucia są aż takim wielkim wstydliwym sekretem?), niemniej jednak był bardzo dynamiczny i ciekawy. Nie mogłam odłożyć, jakby cała książka była taka (i jakby nie ten seksizm, co go niżej uzasadnię), to dałabym trzy i pół gwiazdki jak nic.

Nie jestem wielką fanką sceny rozpaczy Joshui w temacie przypadkowego podglądactwa, ale z kolei reakcja Dory na tę rewelację – czyli nieco grzeszne 😉 podniecenie – była i wiarygodna i pomysłowa.

Powrót do domu. Czekam na więcej informacji nt. przeszłości Dory i tej jej rodziny, z którą nie utrzymuje kontaktów (bo to dla mnie smutne w ogóle :().

Gabriel i Lucyfer. (Baala bym może lubiła, gdyby nie to, że dla mnie ta jego dzika seksowność była zbyt na siłę szarżowana, plus zjawianie się bez zaproszenia w sypialni, gdzie ktoś śpi i wąchanie czy co tam robił to właśnie jest zabieg z TWILIGHTU i zachowanie seksualnego predatora). Szkoda, że Lucyfer jest taki słaby i nie radzi sobie ze smokami 😦 Ale i tak. Tylko mój mental image Lucyfera jest 100% inny, niż opisuje autorka.

 

Co mi się nie podobało… 

Niestety, sporo. To nie jest nowość, bo zastrzeżenia pod kątem problemów z redakcją i korektą oraz pod kątem ZŁYCH ZŁYCH KOBIET i COOL COOL BOHATERKI miałam już przy poprzednich częściach, ale po części zwalałam na karb debiutu, po części liczyłam na to, że się poprawi, po części zakładałam, że to taka wpadka. Ale trzy punkty (nie licząc zresztą opowiadania z serii) pozwalają już wysnuć niejakie wnioski, i nie są one zbyt pozytywne pod żadnym z wymienionych względów.

Nowa powieść wprowadza szereg nowych postaci. Wymienię z nich najważniejsze:

Nathaniel – dobry i fajny.

Nisim – dobry, fajny i cool.

Sebastian – znika co prawda, ale jest do odratowania, dość sympatyczny, choć pojawia się w złych okolicznościach.

Nikita – była bohaterki, która okazuje się być zdradziecka i zła, a przynajmniej amoralna. Gdyby nie przysięga krwi, zapewne zabiłaby bohaterkę. Staje po dobrej stronie tylko dlatego, że musi.

Abaddon/Abbadon (pisownia przynajmniej w ebooku nie jest cały czas taka sama) – anioł zagłady, którego bohaterka nawraca na drogę dobra.

Czy poza sympatią do litery N coś można tu zauważyć? Ano dużo więcej pojawia się nowych facetów i dużo więcej facetów jest pozytywnych. Do grona najgorszych „suk” (przypomnijmy w tym tomie są to [liczę umarłe, o ile dalej wylewa się na nie nienawiść]: Lilith Jezebel, Braga, Izyda, Hel, Bezimienna Brunetka) dołącza Nikita oraz jej matka. Bohaterka sama zresztą zauważa, że jakimś dziwnym cudem jej grono przyjaciół rośnie, a przyjaciółek… maleje. Nic w tym dziwnego, skoro ból i cierpienie związane z krzywdą spotkaną mężczyzn zdaniem bohaterki zasługuje na wiele rozdziałów rozważań, a gdy mamy ofiary gwałtu, to ich magiczne wyleczenie odbywa się poza ekranem. Ta książka byłaby dla mnie dużo mniej irytująca, gdyby Nisim lub Nathaniel (albo, gasp shock, obaj) byli kobietami. Całkiem fajnie mogę to sobie zresztą wyobrazić.

I tu przechodzimy do ZARZUTÓW IDEOLOGICZNYCH. Czyli ktoś o innych przekonaniach niż moje, może się nie zgodzić, nazwać mnie thought police i wojującą feministką, oskarżyć o polityczną poprawność, wszystko to przerobiłam. Nie chcę nikogo cenzurować – autorka ma prawo wyrażać takie a nie inne przekonania, używać takich opozycji binarnych, pisać masę okropnych kobiet i tłum super sexy fajnych mężczyzn, jeśli to jej się podoba. Tylko ja wtedy już nie będę chciała tego czytać. Mój zarzut zresztą nie opiera się na tym, że uważam autorkę za (świadomą) mizoginkę, wbrew przeciwnie. Sądząc po pewnych fragmentach książek jestem przekonana, że miało być dobrze, a wyszło inaczej. Wyszło postfeministycznie 😉 I to w taki irytujący sposób. A ja chcę czytać te książki 😦 Więc liczę, cały czas, na poprawę. Widać anglojęzyczny fandom, przetrenowany w seksizmie i jego zwalczaniu, bogaty w takie osoby jak N. K. Jemisin, Justine Larbalestier czy Kate Elliott, świadomie piszące przeciwko stereotypom, mnie rozpieścił.

A więc mój pierwszy ideologiczny zarzut to: MIZOGINIA. Żyjemy w mizoginicznej kulturze, każdy z nas ma swoje uprzedzenia. Ale warto z nimi walczyć. Powyższa statystyka (5 nowych postaci, wszyscy fajni to faceci) nie wygląda za dobrze. Nie wygląda też dobrze seksistowski język używany przez niemal wszystkie postaci (suki, sucze, dziwki, lafiryndy, wyfiokowane etc.). Nie wygląda dobrze slut-shaming (niby bohaterka taka wyzwolona, ale mamy obowiązkową scenę pod tytułem czuję się źle bo się puszczałam; najgorszymi osobami są rozpustne kobiety / boginie płodności; czemu Baal, związany z seksem, jest dobry, ale IZYDA!! jest zła?). Nie wygląda dobrze to, że książka ledwie zdaje test Bechdel, że żona Raphaela nie ma imienia, że (żywe) postaci kobiece są zupełnie bezinteresownie przedstawiane bardzo negatywnie. Jedna Bogini wiosny nie czyni.

Źle świadczy o książce sposób przedstawienia Bragi – której wściekłość w sytuacji, gdy młodziutka laska wysłała jej męża być może na śmierć – i kradnie spadek w dodatku – wydaje się być zupełnie racjonalna i uzasadniona. Zwłaszcza, gdy ten idealny mąż cały czas kręci na boku z inną. Książka ma więcej zrozumienia i współczucia dla seryjnych zabójców niż dla zazdrosnej kobiety. A scena, w której Leon zmusza żonę do złożenia bardzo ważnej przysięgi wydawała mi się wyjątkowo wątpliwa. W jaki sposób mógł ją do tego zmusić, skoro wiemy już, że się zamierzają rozwieść? Czy a) okłamał ją, że się nie rozwiodą? Czy może b) groził jej czymś?

SEKSIZM objawia się też w sposobie przedstawiania seksu, zwłaszcza tego między Baalem a Nienazwaną Brunetką, który operuje dokładnie zgodnie z psychoanalitycznym scenariuszem pasywności i aktywności (kobieta dostaje orgazm w prezencie). W akceptowalności uwag pt. Dorze brakuje rżnięcia, taki żarcik między znajomymi (Dora nie pozwala Baalowi na uwagi nt. jej puszczalstwa, ale tę uwagę już akceptuje). W esencjalizmie – najpierw Dora jest fajna, bo woli katanę od błyskotek, ale potem sama oznajmia, że facetów boli, jak mają rozmawiać o uczuciach (i jej XX ją predestynuje nie tylko do zdradzenia tajemnic – które rzeczywiście zna właśnie ona – ale do powiedzenia zgromadzonym, jak się czują z tą wiedzą. Co w zasadzie mógłby przecież zrobić Joshua, BO TO ON JEST EMPATĄ… ale nie kobietą).

No i – przykro powiedzieć, ale… HETEROSEKSIZM. Jedyna lesbijka to lesbijka z przeszłości, która okazuje się być zła i być może nigdy nie była zdolna do prawdziwych uczuć. Nie no, Baal jest zdolny, Abaddon jest zdolny, każdy jest zdolny poza lesbijką Nikitą. W ogóle biseksualność Dory coraz bardziej mnie drażni, bo cała pozostaje w sferze deklaratywnej. Wiemy, że Dora sypiała z kobietami, ale sądząc po jej „female gaze”, seksualnym zainteresowaniu, nie wiemy chyba CZEMU. Bo przecież seksualnie atrakcyjni są bardzo liczni mężczyźni (i to nie jest nic złego w zasadzie, choć przy Baalu i Asie już trochę miałam przesyt), ale bohaterka nie śledzi wzrokiem żadnej kobiety. Co z niej za biseksualistka? Czyżby taka UNTIL GRADUATION? Czyżby taka, którą wyleczył z biseksualności penis? Czyżby taka, która talks the talk, but doesn’t want to eat pussy, jak to powiedziały lesbijki Charlotte w Seksie w wielkim mieście? A może taka, która korzysta z zysków (pożądanie męskie, brak groźby zajścia w ciążę, tutaj – karmienie się seksualną energią kobiet) ale nigdy nie ponosi żadnych konsekwencji społecznych?

O braku wrażliwości świadczą zaś cytaty takie jak”żadna kobieta nie pozostałaby obojętna na twoje wdzięki” – które równają kobietę z kobietą heteroseksualną, wymazując istnienie kobiet, które *BYŁYBY* obojętne. (O tym, że tam nie było „żadna” tylko „nawet ślepa” też w sumie warto wspomnieć, bo to taki ablism, że boli.)

Czego bym chciała?

Książka naprawdę łatwo mogłaby moim zdaniem dawać się czytać, gdyby zrezygnować z takiego lekkiego rzucania epitetami seksistowskimi, gdyby dać równie wiele „drugich szans” i „drugiego dna” negatywnie przedstawianym kobietom i dodać kilka postaci kobiecych POZYTYWNYCH. Dobra lesbijka albo gej, który nie korzysta z okazji, by macać niezainteresowanych sobą seksualnie facetów (myślę tu o 2 tomie), też by nie zawadzili. I nie, siedzący w szafie żonaty gej się nie liczy.

ZARZUTY MERYTORYCZNE tudzież KOREKTORSKIE

A tu już niestety, nie wchodzi w grę moje stronnicze czepialstwo, tu chodzi mi o ewidentne wpadki i błędy wynikłe z byle jakiej redakcji i korekty.

Najpoważniejszym problemem jest chyba zupełny brak stałości. Autorka nie pamięta – ewidentnie – co pisała. Zmienia się między scenami to, co postaci wiedzą, a czego nie wiedzą (np. nieszczęsna rozmowa z Boginią jest najpierw wspomniana przy Mironie i Joshui, potem słyszą to PIERWSZY RAZ kilka dni później); opinia Gabriela nt. Dory zmienia się CO SCENĘ; raz mamy Abbadona, raz Abaddona; anglicyzmy zachowujemy w jednych imionach, a w innych już nie (i czy wszyscy wymawiają pięknie th w Nathaniel? A jeśli nie, to czemu nie Nataniel albo Nat(h)anael? Bo „Nathaniel” to angielska, nie oryginalna pisownia imienia biblijnego). Czemu po angielsku Gabe, ale po polsku Luc? I czemu w ogóle postaci mówią do nich w ten sposób?! Jeśli Gabriel za Dorą nie przepada, to po co dodatkowo antagonizować? Czy może wielotysiącletni faceci po prostu lubują się w zdrobnieniach w ustach prawie że obcych?

Z kolei tam, gdzie przydałoby się więcej różnorodności, pojawiają się powtórzenia i monotonia. Słownikowe (dupa x 3 w dwóch akapitach, „był(a/o) to” co drugie zdanie). Na poziomie rejestru (wszyscy mówią bardzo podobnie, wyjątkiem jest sąd anielski, ale nie trwa tak długo). Interpunkcyjne (przecinki zamiast kropek czy średników, czy nawet myślników).

Mitologia momentami naprawdę nie robi za wiele sensu. I wiem, że autorka może robić po swojemu, ale czemu Izyda (!) jest właśnie tą złą? Albo od kiedy selkie to zielone stworzonka związane z wodą? Czy mamy na myśli SYLFĘ? Rusałkę? Najadę? Ondynę? Bo selkie są związane z morzem i fokami. Nazwa skrzatów też się w książce zmienia w połowie.

Ostateczny werdykt: przeczytam następny tom, ale już się tego boję 😦 Boję się, że okaże się, że Rafael też jest super fajnym facetem do lubienia, to wszystko była wina kobiet, że był taki zły. Że poznamy nowe sympatyczne wampiry i wredne „suki” wampirzyce, mimozy wampirzyce i tym podobne. Że będziemy się mieli super kręcić napięciem seksualnym związanym z Joshuą, a za wiele z tego nie wyniknie (jeszcze zostały dwa inne tomy w końcu). Że bohaterka nie będzie lubiła prawie żadnych kobiet, chyba że niekobiecych albo „niekobiecych” wręcz. (Nikitę poznała po papierku od cukierka. O świecie.)

Ale może będzie lepiej.

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Zwycięzca bierze wszystko, podobno

  1. Girl pisze:

    W walce z Rafaelem?

  2. Pelle pisze:

    OMG OMG NOWA ATWOOD JUŻTERAZ NIEDŁUGO?

  3. Pingback: Wpis wtorkowy #14 | leseparatist czyta

  4. Pingback: Parę rzeczy zostaje w rodzinie, czyli co tym razem napisała Jadowska | leseparatist czyta

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s