wpis wtorkowy #15 (okrągły)

Podwójnie okrągły, bo nie dość, że piętnasty wtorek, to mój goodreadsowy challenge tegoroczny dobił 100 – dla porównania, w zeszłym roku w sierpniu byłam na ~80 książkach (najwięcej czytałam w październiku, gdy dostałam kindle’a od Kochanej Żony i z nim szalałam). Co prawda dużo w tej setce krótkich form (średnia stron dla całości wychodzi ~250), ale i tak jestem zadowolona.

No i w tym tygodniu również okrągło, bo pięć przeczytanych książek. Jedna po polsku (promocyjny ebook), cztery po angielsku. Dwie feministyczne teorie i dwie powieści, z czego jedna jest dostępna w sieci i tylko tam wydana. A zatem chronologicznie:

 

ObrazekObsoletki, Justyna Bargielska (Wydawnictwo Czarne, 92 s.): nagrodzona literatura, króciutka książeczka o – i tu się pojawia problem, bo chce się powiedzieć, że o dzieciach, które umarły przed narodzinami, ale to uruchamia całą aborcyjną debatę. I pewnie słusznie – obrońców „życia” dużo mniej zainteresują kobiety, które chciały mieć dzieci, ale je (dzieci/ciąże) utraciły. Forma poetycko-autobiograficzna wydawała mi się miejscami przekonująca, a miejscami drażniąco solipsystyczna, w dodatku przy całej poezji wtargnięcie prozy życia (właśnie nie niedonoszonej ciąży, śmierci, rodziny, ale wspomnianej w książce działalności organizacyjnej autorki) wydawał się zgrzytem, jakby nagle przestał to być intymny poetko-pamiętnik a pojawił się moment realistycznej literatury konfesyjnej. Mam problem z wyrobieniem sobie zdania o tej książce, mogę tylko powiedzieć, że miejscami poruszająca i że tytuł jest doskonały.

 

ObrazekManifestA: Young Women, Feminism, and the Future, Jennifer Baumgardner i Amy Richards (Farrar, Straus and Giroux, 2000, ~450 s.): zaskakująco optymistyczna książka stanowiąca po trochu podręcznik feministycznego aktywizmu, po części sprawozdanie „z frontu”, po części odpowiedź na feministyczne zarzuty drugiej fali wobec trzeciej (a w szczególności wobec tego, czym jest „Girlie”). Najciekawsze dla mnie osobiście były fragmenty dotyczące Helen Gurley Brown, autorki książki Sex and the Single Girl, która na swój sposób była chyba pierwowzorem zarówno Carrie Bradshaw jak i Peggy Olson (czy połowy kobiecej obsady Mad Men w ogóle). Brown napisała swoją książeczkę już jako mężatka, ale zanim nią została (i zanim zajęła się redakcją Cosmopolitan) zbierała doświadczenia pozwalające jej napisać o tym, co i jak powinna zrobić singielka chcąca mieć romans w pruderyjnej Ameryce przed rewolucją seksualną. Węszę potencjał na wysokiej klasy serial kostiumowy. Dziennikarki wpychające się do wydawniczego świata i uprawiające seks – i chcące o nim rozmawiać? To by się nawet mogło sprzedać. 

(Przy okazji – świat wykonał pełen obrót, Sarah Jessica Parker zagrała Glorię Steinem w filmie o Lindzie Lovelace. Sceny z nią nie trafiły do wersji kinowej, ale pewnie gdzieś się pojawią.)

Autorki są związane z pismem Ms., feministycznym czasopismem amerykańskim, które chętnie bym prenumerowała, ale trzeba mieć iPada lub iPhone’a. A książka jest bardzo ładnie wydana i w sumie chyba mogę ją polecić, na tle ostatnio czytanych feministycznych lektur, bo nie przygnębia. Oprócz rozdziałów „treściowych” książka zawiera też feministyczną subiektywną oś czasu, listę amerykańskich organizacji feministycznych, propozycje pt. „co możesz zrobić już dziś by zacząć działać” i opis, jak rejestrować wyborców (ważna sprawa w USA, gdzie nie ma się automatycznego głosu w miejscu zameldowania). Aż się prosi o podobną publikację o Polsce.

 

ObrazekKindred, Octavia Butler (1971, ~300 s.) to z kolei kolejna lektura na liście „nadrabiam Afroamerykańską klasykę” – i miłe zaskoczenie, bo dużo bardziej przystępna i lepiej skonstruowana powieść niż trylogia science fiction ten autorki (choć opowiadania chyba i tak najlepsze). To jedna z tych powieści, do których ma się ochotę użyć nazwy „fikcja spekulatywna” bo podróż w czasie to niby sci-fi, ale tutaj żadnej nauki nie ma, raczej magiczny realizm, fantastyka… więc niech będzie, że spekulatywna. Fabuła opowiada o Danie, młodej (czarnej) kobiecie, przenoszącej się w czasie by ratować życie przodka – białego dziedzica plantacji. To książka bez łatwych rozwiązań i szczęśliwych zakończeń, gdzie problematyczne jest wszystko i nikt nie jest czysty jak łza – niewolnictwo to takie zło, które naznacza każdego, kto się z nim zetknie. I co najważniejsze, nie jest to powieść pokazująca „kiedyś to było źle, ale teraz jest już ok” – dalej nie jest dobrze. W eseju zamieszczonym w moim wydaniu znajduje się interpretacja Kindred przez pryzmat slave narrative, dzisiaj stanowi dobry kontrast dla Django. A zarazem – powieść do czytania.

 

ObrazekZ kolei The Happy Zombie Sunrise Home Margaret Atwood i Naomi Alderman to bardzo przyjemna i lekka lektura. Trzynaście krótkich rozdziałów naprzemiennie pisanych przez dwie autorki i z punktu widzenia dwóch postaci – babci i wnuczki – na tle zombie apokalipsy. Nie znam twórczości Alderman, ale rękę Atwood widać bardzo wyraźnie – w jej specyficznej problematyzowanej mizoginii u postaci (babcia ma dużo do powiedzenia nt. synowej), w trudnych relacjach, w ekologii, w nazwach własnych produktów. Ciekawy, hybrydyczny tekst – opublikowany wyłącznie online, na stronie internetowej. Żałuję, że bez możliwości ściągnięcia na czytnik 😉

 

ObrazekI na koniec – Overloaded Imeldy Whelehan, czyli przeciwieństwo optymizmu z Manifesty. Autorka dużo mniej radośnie prezentuje „nowego chłopaka” w brytyjskiej kulturze, załamuje miejscami ręce nad Bridget Jones i nostalgią za czasami sprzed policji politycznej poprawności (PPP). Dla mnie najciekawsze było, jak po wywodzie nt. postfeminizmu stwierdza, że jej w zasadzie nie przekonał jeszcze nikt, że jest to pojęcie mające jakąkolwiek wartość krytyczną. To pojechała :>

 

W trakcie.. zabrałam się za następną książkę Whelehan, The Feminist Bestseller, ale idzie mi ciężko (bo b. źle sformatowana, mała interlinia i marginesy). Za to wreszcie robię jakieś postępy w Paradise Toni Morrison i Their Eyes Were Watching God – chociaż jedną z nich do końca tego miesiąca przeczytam, a drugą w przyszłym. Co oznacza, że nie czytam w tej sekundzie niczego lekkiego i chyba muszę sobie coś dokoptować do zestawu, nie można tak tylko ambitnie.

 

Przede mną… lada moment ukaże się Saga #13, ale nie będę pewnie pisała o Sadze dopóki nie będzie wydania zbiorczego na następne kilka zeszytów. No i muszę jakąś Natashę Walter i Rene Denfeld (więcej postfeminizmu), bo patrzą na mnie z wyrzutem z półki.

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „wpis wtorkowy #15 (okrągły)

  1. Girl pisze:

    Podobają mi się w Manifeście te osobiste opowieści autorek, w sumie tylko z tego by można ciekawą książkę zebrać 🙂

    • leseparatist pisze:

      Osobista perspektywa jest ciekawa i fajna, chociaż czasami przybiera format „seal of approval” XD Ale akurat ich perspektywa też jest dość przyjazna tej konkretnej czytelniczce, tj. bliska mi, więc tym łatwiej 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s