Trylogia Spiritwalker, czyli jak pisać fantastykę (żeby podobała się grupie docelowej w mojej osobie)

Dawno obiecałam (Żonie) wpis o Andevaiu cyklu Spiritwalker Kate Elliott, więc najwyższy czas spełnić, zanim zupełnie zapomnę, czemu aż tak mi się podobał.

Czytuję fantastykę (znowu) dość regularnie. Fantasy (i w mniejszym stopni science fiction) to były moje ukochane gatunki gdym nastolatką była – przerobiłam najpierw klasykę klasyki, potem Wiedźmina z przyległościami, potem – zgodnie ze swoją obsesją liczb, list i odkreślanek – poszłam w zaparte i zabrałam się za listę opracowaną przez Sapkowskiego w temacie klasyki fantasy (zdobyłam nawet jakiś bardzo zaszczytny tytuł Wielkiego Znawcy Wszystkiego, oraz przekonałam się, że fantastyka też potrafi być nudna jak coś tak nudnego, że nie zasługuje na porównanie – myślę m.in. o Lyonesse i Tancerzach Czegośtam o Najbrzydszych Okładkach Świata). Na studiach zrobiłam przerwę – nie, że nic w gatunku nie czytałam, bo gdzieś się napatoczył cykl Stephena Kinga o Mrocznej Wieży, no i kolejne Pratchetty (pewne rzeczy czytać należy) + parę rzeczy z pogranicza gatunków, ale przestałam w bibliotece zaglądać na te półki, w zupełności zadowalając się realistyczną literaturą kobiecą, magicznym realizmem i tym podobnymi rzeczami. Trochę było to spowodowane rozczarowaniami (przejadły mi się niektóre klimaty, zaczęłam zwracać większą feministyczną uwagę na pewne sprawy, a GRR Martin i  GG Kay wypuścili kolejne słabiutkie książki), a trochę dostępnością ciekawej literatury po angielsku – mając pod nosem British Council (RIP) i Centrum Kanadyjskie zapoznałam się bliżej z szeregiem współczesnych brytyjskich i kanadyjskich pisarek i pisarzy. Renesans nadszedł bliżej końca studiów, gdy dostępność ebooków i zaangażowanie fantastycznego fandomu anglojęzycznego w polityczne klimaty do mnie trafiające skłoniła mnie do spróbowania książek nieznanych autorów, tym razem – bez imprimaturu oficjalnej listy „dla prawdziwego tru fana fantastyki”.

Czytam więc w miarę regularnie fantastykę, a głównie fantasy, a głównie YA, kierując się poleceniami książkowych blogów (czasem z dobrym skutkiem, jak w przypadku Elliott, czasem z gorszym, jak w przypadku słabej książki Malindy Lo). I sporo książek tak znalezionych mogę z czystym sumieniem polecić, ale na chwilę obecną – największą radość w tym roku sprawiła mi trylogia Kate Elliott Spiritwalker.

spiritwalker

okładki połączone przez alannatotally.blogspot.com

Zacznę od zastrzeżeń – cykl nie jest idealny. Po pierwsze, jest dłuższy niż to konieczne – zwłaszcza pierwszy tom ma na sumieniu problemy z tempem akcji i niejakie dłużyzny. Autorka czasami się ciut powtarza (mamy dwie podobne sytuacje w różnych punktach akcji). Po drugie – nie każdy polubi postaci, a to może zabić radość z czytania. No i pewnie można mieć zastrzeżenia do języka (czytałam recenzje narzekające na zmyślone powiedzenia i ich powtarzalność) albo do wątku romantycznego (ja akurat uwielbiam tę kliszę (spoilery!) i kupuję ją za każdym razem, ale jak kogoś drażni, to odradzam). Poza tym – jeśli komuś dzięki politycznej tematyce spodoba się tak bardzo, jak mnie, to może potem czuć się zawiedziony inną fantastyką. (To taki żart, głównie. Bo ja rzeczywiście potem porównywałam inne książki i się wkurzałam, że nie są tak dobre.)

O czym więc jest cykl? Główna bohaterka, Catherine Bell Barahal, trafia w sam środek konfliktu, w który zamieszane są siły postępu (i rewolucji [przemysłowej/społecznej – rewolucjoniści chcą skończyć z praktycznym niewolnictwem chłopów feudalnych, ale też różnymi innymi dyskryminacjami]), zimnymi magami (którym zależy na zachowaniu status quo, gwarantującego im niemal nieograniczoną władzę) i magicznymi stworzeniami o różnych (mniej lub bardziej tymczasowych) aliansach z wyżej wymienionymi. Do tej mieszanki wpakowany jest Odpowiednik Napoleona, mówiący inteligentni potomkowie dinozaurów, bliższa i dalsza rodzina Cat (a w szczególności jej kuzynka) i jej własne życie uczuciowe.

Pierwszy tom dość dużo (można by uznać, że za dużo) miejsca poświęca na zbudowanie świata, który trudno streścić w kilkunastu zdaniach, ale jest to wysiłek trafiony, bo tak ciekawego worldbuilding nie widziałam od dawna – a w dodatku nie jest ono wyłącznie sztuką dla sztuki, bo skomplikowane relacje społeczne są nie tylko ciekawe z punktu widzenia czytelnika zainteresowanego sprawiedliwością społeczną, ale też trafnie zarysowane i „relewantne” – a w dodatku budujące świat, w którym istnieją stawki, w które można się emocjonalnie zaangażować. Można się przejąć sukcesem lub porażką bohaterów. Prywatne cele zbiegają się z politycznymi i nie musimy kibicować przypadkowym księżniczkom. Gra toczy się na idealnym poziomie. To coś, czego w fantastyce zwykle bardzo mi brakuje. A to nie wszystko – drugą zaletą związaną z tym faktem jest oryginalność świata przedstawionego – bo akcja toczy się w około-steampunkowym otoczeniu, w świecie, gdzie dalej istnieje (etnicznie – mocno afrykańskie) Imperium Rzymskie, trwa epoka lodowcowa skuwająca sporą część Europy pod lodowcem, w Ameryce Południowej spore terytoria zajmuje Imperium Caino granicząc z niewielkimi przyczółkami rzymskimi – a to nawet nie wspominając o trollach-dinozaurach. Większość postaci ma mniej lub więcej afrykańskich korzeni i mało kto jest „biały” (choć czasem trafi się na jakiegoś Celta).

fanart zrobiony przez andevais.tumblr.com

fanart zrobiony przez andevais.tumblr.com

Główne wątki są trochę polityczne (rewolucja!) trochę romantyczne (zwłaszcza w 2/3 tomie), a trochę fantastyczno-tożsamościowe (poznanie swojego pochodzenia, tajemnic rodzinnych i przeznaczenia + rozwikłanie związanych z nimi konfliktów) i proporcje wydawały mi się dość idealne. Widać w nich też polityczne zaangażowanie autorki, starającej się zachować szacunek dla różnych przedstawianych kultur, pokazującej pozytywne relacje między kobietami (wewnątrzpokoleniowe i międzypokoleniowe), miejscami piszącej z pozycji a la „radykalna heteroseksualność” – czyli odwrócenie stereotypów, równość w pozytywnie przedstawionych, seks-pozytywnych związkach między kobietami i mężczyznami, kobiece spojrzenie (female gaze) seksualizujące męskie ciało dla przyjemności czytelniczki (i/lub czytelnika), seks bez podwójnego standardu.

Romans nie przytłacza innych wątków, ale zbudowany jest w sposób, który bardzo mi się podobał – i kibicowałam postaciom, zwłaszcza, że główny męski bohater trafiał w moje literackie sympatie (bo uroczo marudził… uwielbiam marudzących facetów w fikcji o ile nie są narratorami, zwłaszcza, gdy narracja ich za to ciut obśmiewa – patrz też Zuko w Avatar: The Last Airbender, serial nie film) i pisany był jako bardzo seksowny.

Książka jest pełna grzesznych przyjemności dla czytelnika – pierwszy tom w trochę mniejszym może stopniu, ale w drugim znaleźć można piękne, sensualne opisy jedzenia i sprawianej przez jedzenie przyjemności. Mamy momenty „zajebistości” bohaterki, które nie drażniły mnie, jak to czasem ze „strong female character” bywa, bo siła bohaterki nie zastąpiła jej osobowości i osadzenia w tle i w sieci relacji. Dlatego Cat może kłócić się z potęgami, pyskować, uciekać z zamkniętych pomieszczeń i walczyć z wrogami i nie robi się z niej ktoś irytujący i mało sympatyczny. Postaci drugoplanowe nakreślone są trochę mniej zgrabnie, ale też ciekawie (i pojawiają się wśród nich dość dobrze wprowadzone (bo bez fanfar i Ważnych Lekcji dla Czytelnika) postaci LGBT, co zawsze jest mile widziane). Większość Złych Postaci jest zwłaszcza umiejętnie nakreślona, bo nie karykaturalna (z jednym niefortunnym wyjątkiem), obdarzona motywacjami i nawet – w niektórych przypadkach – do lubienia. A zakończenie, choć bardzo długo do niego dążymy, w pełni mnie usatysfakcjonowało. Do przyjemności należy też nietypowa etniczno-kulturowa obsada (dająca wytchnienie po wiecznym odgrzewaniu Króla Artura i Anglosasów), literackie pierwowzory (podobno trochę Szekspir i feministyczny spin nt. Poskromienia złośnicy) i pre-neo-wiktoriańskie (regency) klimaty.

Książka wyróżnia się na tle innych czytanych przeze mnie cykli fantasy/sci fi nie tylko szacunkiem do czytelnika i nietraktowaniem się zbyt poważnie (patrzę na GRRMartina i jego super poważne gritty cierpienie i *ziew*) ale też tym, jak wielką przyjemność zapewnić może lektura książki pisanej dla przyjemności, a zarazem z dużą wrażliwością.

Bardzo żałuję, że nie ma polskiego wydania – na tle wydawanej w Polsce fantastyki ta książka na pewno bardzo pozytywnie by się wyróżniała i kto wie, czy bym nie kupiła, choćby i na prezent (skoro sama już mam po angielsku ebooki).

Moje idealne czytadło roku! ❤

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s