wpis wtorkowy #17

Tak jak podejrzewałam, po tygodniu, gdy kończyłam tylko dwie książki, nadszedł tydzień urodzaju – doczytałam siedem książek (i jakbym dziś nie jechała na długie zakupy, to doczytałabym pewnie ósmą). W tym: 3xUSA, 2xUK, jedna Kanada i jedna Australia. Jedno opowiadanie, jedna powieść, jedna feministyczna monografia, jedna feministyczna książka publicystyczna, jeden zbiór opowiadań, jedna sztuka, jedna monografia historyczno-kulturoznawczo(-autobiograficzna). Wyjątkowo duża różnorodność. I większość była całkiem długa.

Przeczytałam… 

Cassandra Clare & Maureen Johnson, The Rise of Hotel Dumort czyli pierwszy rozdział w cyklu o Magnusie, który naprawdę mi się spodobał. Brak Nowego Jorku jednak doskwierał wcześniejszym częściom i powrót zrobił opowiadaniom na dobre. Ta historia nie jest może jakaś bardzo oszałamiająca, ale miała wyczucie miejsca i czasu (lata 20.) – więc przyjemnie mnie zaskoczyła. A poza tym jestem pozytywnie nastawiona do Cassie, bo byłam już na Darach Anioła w kinie i podobało mi się bardzo (poza soundtrackiem i Jonathanem Rhysem Meyersem). Żal, że podobno wielka finansowa klapa 😦 Bo dużo lepsze niż wiele innych filmów w gatunku i przyjemniejsze.

ObrazekImelda Whelehan, The Feminist Bestseller dość pozytywnie mnie zaskoczył. Whelehan jest dość pesymistyczna w podchodzeniu do kultury popularnej, ale tym razem udało jej się wziąć na warsztat temat, do którego miała dużo serca. Książka pokazuje różne tendencje i tradycje w literaturze kobiecej – od powieści typu raising consciousness, przez książki o indywidualistycznych heroinach-kapitalistkach, po chick lit, mummy lit i tym podobne. Autorka szczerze stwierdza, że pewnych wątpliwości nie może ostatecznie rozwikłać, ale jej rozważania i analizy zbieżności między tymi zdawałoby się zupełnie różnymi gatunkami są naprawdę ciekawe. Książka mogłaby się bardzo przydać do wielu różnych tematów badań w różnych gatunkach literatury, ale też filmów czy telewizji.

ObrazekNie przepadam za teatrem, ale czasem lubię przeczytać jakiś dramat – Angels in America już widziałam w HBO-wej ekranizacji, ale lektura nie nudziła mi się ani trochę. To zdecydowanie mój przebój tygodnia – nie wiem, jak to działa, ale najwyraźniej w tym roku queerowa literatura to moje faworyty, bo i Fun Home i teraz Tony Kushner oszołomili mnie literackością, rozmachem i językiem – a to nawet nie była tradycyjna proza. Ta magiczno-realistyczna inspirowana biblijnie epicko-intymna historia losów gejów w NY w latach osiemdziesiątych, podczas epidemii AIDS, jest niemal doskonała. Może wątek mormońskiej żony trochę rozmija się z celem, ale całość jest zwyczajnie świetna.

ObrazekThomas King to mój ulubiony pisarz kanadyjski / indiański i The Inconvenient Indian tę opinię utwierdza. W odróżnieniu od moich poprzednich lektur, to nie powieść, a historyczno-kulturoznawcza, zaangażowana politycznie opowieść o trudnych relacjach między rdzenną ludnością Ameryki Północnej i Kanadą oraz Stanami. Opowiada o mniej i bardziej znanych epizodach, bohaterach i antybohaterach ale i o współczesności – niedotrzymywanych obietnicach, łamanych traktatach, skradzionej ziemi, dzieciach i tradycjach – ale też dobrych i ciekawych zabiegach podejmowanych przez narody. Piękne, mądre i zarazem dowcipne – zwłaszcza gdy odnosi się do uwag swojej partnerki, Helen Hoy. (Oczywiście, jak zwykle, udało mi się popłakać. Na starość mam coraz mniejszą odporność na czytanie o krzywdzie.)

ObrazekDruga książka do pracy przeczytana w tym tygodniu to The New Feminism Natashy Walter. Jak na kontrowersyjną postfeministyczną lekturę, zaskoczyła mnie małą kontrowersyjnością. Miejscami była nudnawa, miejscami dość oczywista – dość stały repertuar sprzeczania z feminizmem, ale za to dość konkretne acz radykalne propozycje (jak na tego typu książkę) rozwiązań problemów związanych z rynkiem pracy i jego nierównościami. Wyróżniła się trochę podobieństwami do dużo późniejszego i bardziej popularnego Lean In oraz brytyjskim nacjonalizmem (to akurat trochę standard w tego typu książkach – Badinter pisała, jakie to Francuzki są bardziej wyzwolone niż Amerykanki, a Hoff Sommers – że Ameryka to kolebka demokracji z najlepszą konstytucją i może gdzieś indziej feminizm jest potrzebny, ale nie w Stanach). Trochę wisienką na torcie było porównanie Hillary Clinton z Thatcher i stwierdzenie, że zasadniczo Thatcher to praktycznie feministka, za to Clinton to do kariery dotarła na plecach męża i jest fałszywa i spóźniona w swoich feministycznych deklaracjach. To ciekawe, bo swoje na pewno Hillary za uszami ma, ale akurat w biografii sporo feministycznych elementów sprzed kariery jej męża można już poznajdować. Ciekawe, czy dziś Walter miałaby takie samo zdanie…

ObrazekNeil Gaiman i jego The Ocean at the End of the Lane to coś, do czego podchodziłam jak do jeża – bo od czasów zachwytów nad Sandmanem Gaiman zdążył mi podpaść mało elegancką reakcją na krytykę – no i bałam się, że będzie znowu spadek formy. Tymczasem Ocean był strzałem w dziesiątkę, a przynajmniej ósemkę. Książka opowiadana jest z podwójnej perspektywy – dorosłego wspominającego dzieciństwo i z tego powodu stanowi swoisty ewenement – książkę dla dzieci napisaną dla dorosłych. Klimatyczna, miejscami autobiograficzna, opowiada historię podobną nieco do Koraliny, pełną grozy i zarazem nastroju nostalgii podszytej jednak świadomością niedoskonałości opisywanego czasu – to nie był lepszy świat, tylko my byliśmy młodsi. Nienazwany bohater napotyka potwory rodem z dziecinnych koszmarów, wkradające się do samego centrum jego świata – ale stawia im czoło wraz z przyjaciółką. (Trochę tęsknię za czasami, gdy najgorsze sny zapełniały mi wiedźmy i sataniści, a nie uciekające pociągi i spóźnienie się do pracy / przegapienie deadline’u.) Mogę polecić niezdecydowanym – to Gaiman w dobrej formie i zwyczajnie mocna powieść.

ObrazekI na koniec – rozczarowanie. Cracklescape Margo Lanagan to książka na którą długo polowałam, ale nie spełniła oczekiwań, które w przypadku Lanagan mam jednak bardzo wysokie. Z czterech opowiadań najlepsze było chyba ostatnie, ale nie miałam wrażenia, że wszystkie poruszane wątki i motywy w jakikolwiek sposób się ostatecznie zbiegają. Traktowana jako całość, książka jest klimatyczna i geograficznie umiejscowiona, ale żadna z pojedynczych historii nie ma tego błysku geniuszu i dziwności, za który cenię Lanagan. Tytułowa historia opowiada o spotkaniu między różnymi światami; drugie opowiadanie to taki Lanaganowy standard o odchodzeniu (tutaj – dzieci odlatujących z domu ku wyższemu przeznaczeniu); trzecie to coś bardzo nietypowego, bo zawierającego jedną z najlepszych scen książki – defamiliaryzację „feministek” w pociągu – ale zarazem rozpływające się ku końcowi w nagłej pornografii (Lanagan zwykle pisze dla młodzieży [choć niezbyt purytańsko, ale jednak], stąd też moje zaskoczenie nagłymi scenkami). A czwarte opowiadanie jest o szczęściu, wolności i odpowiedzialności. Nie polecam – lepiej przeczytać inną jej książkę albo zbiór, a to sobie zostawić na dokładkę ewentualnie.

Zaczęłam… tylko krótko, bo już się późno zrobiło – Rebekkę Walker i jej Black, White & Jewish; nową Margaret Atwood tzn. MaddAddama; drugiego Neila Gaimana na dokładkę.

(Lada dzień drugi tom Sarah Rees Brennan \o/ \o/)

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „wpis wtorkowy #17

  1. Girl pisze:

    Zgadzam się, bardzo fajne książeczki czytałaś 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s