Wartość ujemna, wartość dodana

Nie składam obietnic noworocznych (poza goodreadsowym wyzwaniem), ale mam nadzieję, że wrócę do wpisów tutaj. Na początek zatem: coś co mnie dzisiaj przygnębiło czytelniczo.

Jakoś wczoraj trafiłam na Guardianie na ten blogowy artykuł. Autorka zastanawia się w nim nad planem czytania przez rok wyłącznie kobiet. Jak można się spodziewać, natychmiast spotkała ją za to krytyka (omg seksizm), tak jakby zostawienie nowego Murakamiego na za rok stanowiło straszliwą krzywdę dla połowy populacji. Niemniej jednak krytyka pod jej artykułem (z tego, co czytałam) nie była chyba tak zła, jak oskarżenia rzucane pod adresem innej blogerki, która w odpowiedzi zasugerowała, że planuje w 2014 roku nie czytać białych autorów.

Nie zaskoczyło mnie to specjalnie, choć dalej trudno mi zrozumieć, skąd taka ilość żółci. Komentatorom może się wydawać, że żyjemy w magicznej merytokracji, w której spoglądanie na książkę przez pryzmat czegokolwiek innego niż magiczna jej zawartość (wszak autor nie żyje!) jest zbrodnią, ale nawet gdyby, to zaczyna mi się wydawać, że takie dobrowolnie ograniczone w czasie ograniczenie tak czy owak może być czymś dobrym dla nawyków czytelniczych. Czym innym jest życiowe przekonanie, że kobiety piszą gorsze książki, albo cała literatura pisana przez nie-białych autorów jest o tym samym, czym innym wolę książki pisane przez …, a jeszcze czym innym – przez rok nie będę czytała tego, czego zwykle czytam najwięcej. To zmusza do sięgnięcia po coś, co w przeciwnym razie by się przeoczyło. Umożliwia przetarcie nowych książkowych szlaków, albo zwrócenie uwagi na coś mniej znanego.

Niektórzy komentatorzy sugerowali, że problemem jest „negatywność”, tzn. jakby autorka napisała, że będzie czytała więcej książek kobiet/nie-białych autorów&ek, zamiast „nie będę czytała mężczyzn / białych”, to byłoby ok. Ale przecież nie ma tak, że blogerka jest zobowiązana do obdzielania swoją uwagą świata po równo. Ba, mogę mieć złą opinię o blogerce, która czyta wyłącznie facetów, ale to nie znaczy, że jej nie wolno. Co niekoniecznie oznacza, że np. czasopismo powinno ją promować. Albo, że powinna być zatrudniona na uniwersytecie i tam wywierać wpływ na to, co czytają studenci, mając nad nimi pewną instytucjonalną władzę.

Nie chcę wracać do kwestii symetrii (czy czytanie wyłącznie kobiet / wyłącznie mężczyzn to to samo, i czemu nie [bo patriarchat, no]), ale wydaje mi się tu ona mało relewantna. Z jednej strony – blogerki piszą o własnych wyborach. Nie jest on krzywdzący dla nikogo (bo nie obiecały z tego co wiem osobiście Rushdiemu  czy Munro, że przeczytają ich książki w 2014 i teraz nie łamią uroczystej przysięgi). A czy ma to sens jako np. blogowe postanowienie? Ano ma dzięki temu, że właśnie zamierzają czytać jednak grupy *mniej czytane* i *rzadziej recenzowane*, bo np. może to skierować czytelników w stronę nieznanych autorów, albo w ogóle zwrócić czyjąś uwagę na dysproporcje we własnych nawykach. Które nie są czymś strasznie złym i koniecznie wymagającym natychmiastowego narzucenia systemu kwot, ale myślę, że warto wiedzieć, czy się np. czyta mało autorów poza-europejskich, albo nie-amerykańskich i to może się stać wartościową inspiracją do spróbowanie czegoś innego. Łatwo się zakopać w literaturze jednego rodzaju (a nawet genderu ;)) i jeśli nas to pozbawia wglądu w inne perspektywy, to na pewno szkoda.

A wersja „nie czytam x” zamiast „czytam więcej y” jest bardziej radykalna i chyba po prostu może wymusić większą przygodę czytelniczą, dalszą wyprawę. Ale oczywiście ma sens wyłącznie, gdy dotyczy czegoś, czego zwykle mamy aż za dużo.

Ja sama na rok bym się nie odważyła, ale myślę, że np. „miesiąc tylko z Azją,” albo „miesiąc z facetami,” albo (o zgrozo) „miesiąc z Polską/klasyką/własnymi półkami” mógłby okazać się owocny 😉 A jaki miesiąc Wam sprawiłby trudność / pozwolił na czytelniczy rozwój? Czy ktoś byłby zainteresowany takim wyzwaniem?

A tymczasem – ponieważ w zeszłym roku czytelniczego bingo przestałam pilnować (choć raczej wypełniłam), tym razem spróbuję tę całą trójkę e-pik. Zobaczymy.

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Wartość ujemna, wartość dodana

  1. Bibliopatka pisze:

    Mam wrażenie, że świadomość dyskryminowania, zawężania odbioru i/lub nieznajomości literatury innych kręgów kulturowych/językowych/krajów niż europejski/języki krajów dominujących/samych krajów dominujących jest czymś, co już dotarło do większości przeciętnych czytelników i teraz potrafią oni przyznać, że na przykład bardzo mało znają literaturę czeską albo zdecydować, że w tym roku czytają tylko literaturę litewską, albo że będą czytać mniej europejskiej/amerykańskiej, a więcej azjatyckiej – bez atakowania się wzajemnie zarzutami o jakąś „dyskryminację grupy silniejszej”.

    Natomiast przy płci pojawia się problem – i histeryczny strach przed myśleniem parytetowym, i gdzieś tam mniej lub bardziej zakodowana myśl „literatura kobieca = grafomania, badziew lub lekka rozrywka dla kobiet” (tu od razu zastanawiam się, dlaczego jeśli coś jest „męską rozrywką”, to od razu kojarzy się z czymś fajnym, sensownym i mogącym zainteresować nawet kobiety, a jeśli coś jest „rozrywką kobiecą”, to jest nudne, typowo „babskie” i żaden prawdziwy facet by tego nie tknął bez obawy o utratę penisa. A w zasadzie nie, nie zastanawiam się, „dlaczego”, tylko „dlaczego wciąż, w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, do ciężkiej cholery?”).

    Wracając do tematu – co do koloru skóry – może działa coś podobnego; przyznam, że temu problemowi się nie przyglądałam. Niemniej mam wrażenie, że jest coś w rodzaju tabu, jeśli chodzi o mówienie o dyskryminacji. Oficjalnie, prawnie etc. dyskryminacji nie ma – ani pod względem koloru skóry, ani płci. Nie wypada więc mówić, że jednak jakaś dyskryminacja jest, że stereotypy społeczne, że utarte schematy myślenia/postępowania, że dominujący kanon sztuki w jakiś sposób dyskryminują, ukierunkowują tylko w jedną stronę, wyraźnie rozdzielają na lepsze i gorsze bez merytorycznego uzasadnienia, w oparciu jedynie o te schematy. Nie wypada głośno mówić, że czytamy za mało literatury pisanej przez kobiety, że za mało jest pisarek w kanonach, że biali autorzy dominują w listach lektur szkół i studiów. No ej, przecież jest równouprawnienie, kobiety mogą pisać i możesz je czytać, ile dusza zapragnie, prawda? A że nie ma tych kobiet na listach lektur, w oficjalnych kanonach „X książek, które musisz przeczytać, nim przeniesiesz się na łono Abrahama” (bo przecież nie Sary, nie bądź taką straszną feministką) czy w świadomości czytelniczej – no musisz się tak czepiać? Jak sobie chcesz, to je sobie czytaj, nikt Ci nie zabrania – ale nie wywracaj do góry nogami „naturalnego” kanonu literatury. Bo kanon, wiadomo, dany od bogów, jedyny, niezmienny i niepodważalny. A że kiedyś był inny? No nie bądź śmieszna.

    Swoją drogą, to piękne, idealistyczne nawet złudzenie, że można patrzeć na książki tylko i wyłącznie poprzez ich treść, bez uwzględniania różnych pozatreściowych kontekstów – i że tylko i wyłącznie na podstawie treści budowane są kanony. Piękne, ale sądzę, że naiwne.

    Co do żółci – takie reakcje chyba tylko dowodzą tego, że nadal wiele/wielu z nas ma problem z tolerancją cudzej odmienności – nawet/również tej w wyborze lektur.

    Jaki miesiąc sprawiłby mi trudności? Miesiąc z tak zwaną „literaturą kobiecą” polskich autorek – bo o ile w tych niewielu zagranicznych, które czytałam, widziałam czasem u bohaterek coś więcej niż tylko histeryczne ganianie za facetami, to u (też niewiele przeczytanych) polskich Matka Polka goniła Matkę Polkę, nawet jeśli próbowała udawać „nowoczesną”.
    Na czytelniczy rozwój pewnie dobrze wpłynąłby „miesiąc tylko z pisarkami”, „miesiąc z książkami innych niż dominujące w kanonie krajów europejskich” albo „miesiąc z innym kręgiem kulturowym”. Nie umiałabym chyba jednak ograniczyć się do czytania w danym miesiącu wyłącznie wyznaczonej grupy książek/autorów – natomiast ustawienie ich jako tematu wiodącego byłoby atrakcyjne. Ciekawy pomysł na wyzwanie, chyba zaryzykowałabym przyłączenie się do niego.

    Życzę Ci powodzenia w realizacji Twoich tegorocznych czytelniczych postanowień i/lub wyzwań 🙂 I uciekam (dalej) spać. Koszmarnie mnie denerwuje moje spanie na raty.

    • Bibliopatka pisze:

      PS Rany, strzeliłam Ci komentarz niemal dorównujący długością postowi… Mam przynajmniej nadzieję, że jest składny i da się go zrozumieć, mimo pory, o jakiej został napisany.

    • leseparatist pisze:

      Jest zaskakująco jak na porę dodania składny 😉
      Można by spróbować jakiegoś wyzwania tego typu, choć chyba raczej w dalszej częsci roku. Dla mnie kobiety nie miałyby sensu – co prawda nie mam chyba miesiąca w zeszłym roku bez mężczyzn, ale miewam takie, gdzie przeczytałam jednego Thomasa Kinga, albo tylko komiks na sam koniec. Więc w sumie bez problemu bym podobała 😉 Z mężczyznami byłoby trudniej – to byłoby zresztą fajne wyzwanie, sprawdzić, czego się czyta więcej i np. „odwróć proporcje” tzn. jeśli się ma 7 kobiet i 3 mężczyzn zwykle, to w danym miesiącu – na odwrót 😉 po jednej książce faceta – dwie napisane przez kobiety. I każdy mógłby tak spróbować ;D

      W przypadku blogerki czytającej tylko nie-białych autorów oczywiście pojawiły się zarzuty o dyskryminacji i PC gone mad. Bo „nam nie wolno a jej tak” (gdzie „nie wolno” oznacza „robimy dokładnie to, tylko ktoś nam potem powie, że jesteśmy rasistami”).

      To prawda, że z polską literaturą kobiecą mogłoby być trudno. Czy jakaś Iwasiów albo Dunin by się nadała, bo Gretkowska raczej tak, prawda? Ale nawet jeśli, to potem zostałoby wiele tygodni do zapełnienia, a mnie te Domy nad rozlewiskami i Grochole niezbyt podchodzą 😦

      Miesiąc z innym kręgiem kulturowym albo z innymi krajami europejskimi byłby dla mnie wyzwaniem także z uwagi na dostępność tej literatury (poza klasyką). Bo jednak biblioteka aż tak wyposażona nie jest, a ja tam stosunkowo rzadko bywam… 😉

      Co do lektur szkolnych – te dane są tak fatalne, że aż boli. Przejrzałam ten wykaz: http://gwo.pl/wykaz-lektur-obowiazujacych-w-roku-szkolnym-m302 i kilka list lektur z konkretnych szkół i jest miejsce na Nie-Boską komedię z jej strasznym, strasznym antysemityzmem, i jest na W pustyni i w puszczy i na Robinsona Crusoe (gdzie jeszcze ten ostatni dawałby podstawy do rozmowy o rasizmie, ale nie w tej formie, w jakiej się go zapewne z reguły omawia), ale nie ma nawet jakiegoś nieszczęsnego Dumas, gdzie można by się upierać, że pisarz nie-biały *i* zasiedziały w europejskim kanonie 😉 Ja rozumiem, że gimnazjum to może nie jest ten wiek, żeby wprowadzać Rushdiego i Morrison, i że Alice Walker może być zbyt drastyczna, ale skoro mamy czas na Wiedźmina, Tolkiena i Le Guin (i to ostatnie mnie *bardzo* cieszy, ciekawe, czy młodzież z tłumaczenia zorientuje się, że obsada Czarnoksiężnika też nie jest biała. WĄTPIĘ, ja to przeoczyłam gimnazjalistką będąc.) to może jakiś krótki kawałek Marqueza by się zmieścił. A nie, że najbliżej nie-białej literatury to jest Biblia. Kobietom się nie przyglądałam, *jakieś* tam przynajmniej są, ciekawe, czy w literaturze *światowej* też, bo zwykle chyba raczej prawie wyłącznie w polskiej.

      To, co mnie przygnębiało najbardziej, to kontakt z filologami i filolożkami polskimi po moim uniwersytecie – oni w przeważającej części w ogóle nie znali niebiałych autorów i praktycznie każde z nich zajmowało się literaturą pisaną przez mężczyzn. Słyszeli może o Morrison (o o Atwood nie) ale nie czytali. To było straszne. I połączone z wiarą w merytorkację.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s