Miało być lepiej, ale może przynajmniej nie będzie źle

Styczeń na razie mam literacko leniwy (bo pracowity pracowo, nieco przechorowany i w dodatku nadrabiam kinowe zaległości). Ale czas się ogarnąć i co nieco nadrobić wpisy.

Skuszona nowym wyzwaniem zabrałam się za trójkę e-pik. I w rezultacie przeczytałam dwie książki, do których w przeciwnym razie chyba bym się tak prędko nie zabrała (a może i wcale): w pierwszej kolejności skończyłam książkę spełniającą kategorię „kochane zdrowie”.

Libba Bray, Going Bovine, 2009.

ObrazekTym samym skompletowałam twórczość Bray (przynajmniej powieściową). I podobnie jak w przypadku moich poprzednich z nią spotkań, odczucia mieszane. Podobało mi się chyba najmniej… nie licząc ostatniej części cyklu o Gemmie Doyle, ale przy Gemmie Doyle byłam potwornie rozczarowana (bo początek był jednak obiecujący, a zakończenie okropne), a tutaj po prostu zabrakło emocjonalnego uderzenia. Fabuła luźno czerpie z Don Quichote – bohater to śmiertelnie chory na Kreutzfelda-Jacobsa nastolatek, który leżąc w szpitalu przeżywa w wyobraźni przygodę swojego życia – walczy z wiatrakami by ocalić ziemię i próbuje wszystkich tych rzeczy, których nie udało mu się przed śmiercią spróbować. Niestety, nie potrafiłam do końca wczuć się w tę podróż, formuła quasi-pikarejska to nie jest moja bajka. Miałam nadzieję, że książka będzie miała bliżej do naprawdę sympatycznych Beauty Queens tej samej autorki, ale jednak nie. Było kilka fajnych, dowcipnych momentów, ale całość była zbyt długa i nie dość emocjonalnie satysfakcjonująca.

Natomiast żeby wypełnić trudne dla mnie wyzwanie „książki pożyczonej, którą wypadałoby już oddać”, bo ja mam dużo książek pożyczonych, których nie oddałam, tylko w większości przypadków ja już je przeczytałam… tylko z oddaniem zwlekam 😉

Swietłana Aleksijewicz, Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości. 2012/1997.

13580647A tu książka, którą pożyczyłam niedawno, ale oddać należy szybko 😉 I w dodatku od dawna polecanej mi pisarki. Czarnobyl to temat bardzo dla mnie ciekawy, bo jestem rocznik 1986 i jakoś od dzieciństwa mi bliski temat. W szkole chemiczka straszyła nas historiami na temat deszczy po-czarnobylskich, a ja swój jeden z niewielu wierszy w historii (popełniłam w zasadzie chyba trzy, w tym dwa z musu) popełniłam na temat Czarnobyla.

Książka zupełnie rozkłada na łopatki. Pierwsze 30 stron przepłakałam, dosłownie. Potem już było lepiej, trochę się przyzwyczaiłam i kolejne świadectwa – ofiar, świadków, likwidatorów, rodzin, dzieci po-czarnobylskich – byłam już w stanie przetrawić mniej boleśnie. Dopiero na sam koniec znowu trafiło się takie, które zupełnie mnie zmiotło. Fakty są przerażające, ale najokropniejszy chyba – obraz człowieka, który nie potrafi poradzić sobie z zagrożeniem, którego nie widać, które czai się w ukochanej ziemi. Zwykle ludzkie cierpienie dużo bardziej do mnie trafia, niż zwierzęce (i nie uważam, by trzeba było stawiać między nimi znak równości, by móc uznać przeciwdziałanie temu ostatniemu za nasze etyczne zobowiązanie), ale tutaj rzeczywiście historie o zwierzętach były również niezwykle poruszające.

Zabrakło mi trochę bardziej koherentnej, od-autorskiej narracji i wiem, że taki był właśnie autorski zamysł, ale niestety, chyba bardziej zaciekawiłoby mnie to z obszerniejszym komentarzem i próbą kontekstualizacji. Choć doceniam na intelektualnym poziomie powstrzymanie się przed takim gestem.

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s