1/52 za nami, już tylko 51 zostało: książki z jedzeniem

Tydzień temu zaczęłam swoje nowe wyzwanie, wylosowawszy „KSIĄŻKĘ Z JEDZENIEM„. Najpierw pomyślałam, że mogłabym wreszcie doczytać jedną z niewielu Atwood, których nie czytałam, czyli Kobietę do zjedzenia, ale prawda jest taka, że – wcześniej czy później – i tak po nią sięgnę, postanowiłam więc zacząć bardziej ambitnie i sięgnąć po coś niespodziewanego. Tym samym – dokopałam się do Jonathana Safrana Foera i jego Eating Animals Zjadania zwierzątz założeniem, że nawet jeśli jadam mięso, to przynajmniej wypada wiedzieć, do czego się tym samym przyczyniam.

 

51flAsKFoAL

Słyszałam trochę złego na temat tłumaczenia, więc sięgnęłam do oryginału i nie mam porównania, ale książka napisana jest bardzo sprawnie, choć miejscami irytująco. Muszę na wstępie przyznać, że podchodziłam do całej sprawy nieco nieufnie, bo z jednej strony jestem głęboko przekonana, że wegetarianizm, weganizm czy chociaż poważne ograniczenie mięsa jest pożądaną i godną pochwały i naśladowania postawą. Nie trzeba mnie przekonywać, jestem przekonana, wierząca niepraktykująca, poczucie winy 10/10. Nie mam przy tym przed mięsem oporów moralnych w teorii, ani nie docierają do mnie argumenty typu „psa byś nie zjadła” (zjadłabym; a na bezludnej wyspie wydaje mi się, że też bym nie miała aż takich oporów w kwestii współrozbitków w razie ich śmierci z przyczyn niezależnych) i nie lubię ujednolicania pod tytułem „zwierzęta są równie ważne jak ludzie” (To argument mało przekonujący dla mnie i zarazem głupi. Czy tylko ludzie zasługują na szacunek i ochronę przed cierpieniem? Czy zwierzęta muszą udowodnić, że są wystarczająco identyczne?), którego się czasami można spodziewać w takich książkach. Ale teoria to jedno, a praktyka to drugie, a praktyka – wiadomo, jest straszna.

Sama idę metodą małych kroków i od zeszłego roku podjęłam świadomy wysiłek, by zmniejszyć spożycie mięsa – z pewnym sukcesem, bo uzyskałyśmy z Żoną przewagę obiadów bez mięsa [z wyłączeniem ryb] nad obiadami z mięsem. No i my to mięso zwykle jemy w ilości znikomej.

Tymczasem okazało się, że po irytujących początkach, gdy Foer przybierał pozę laika / znawcy objaśniającego nieświadomym niczego czytelnikom rzeczy, które aż tak tajemną wiedzą nie są (i po wywodzie dotyczącym psa, który w sumie przekonał mnie do jedzenia psów jeszcze bardziej…), cała reszta książki to w zasadzie argumenty, które jestem w stanie zaakceptować (produkcja mięsa na skalę masową oznacza niszczenie planety, zmianę klimatu i wylęgarnię superwirusów; mięso tak tworzone jest bardzo niskiej jakości i napakowane lekami / ulepszaczami – zdrowe to nie jest; cierpienia, które spotykają zwierzęta (a także pracowników tego biznesu) są przerażające (nawet parę razy udało się Foerowi powiedzieć coś straszniejszego, niż sobie zwykle myślę)).

Foer opowiada się za wegetarianizmem z przyczyn moralnych (sam jeden nie zmienisz świata, ale nie należy finansować molochów zła / należy próbować szerzyć wegetarianizm przykładem [co mnie bardzo przekonuje, bo nic mnie tak nie skłania do bycia wege jak wstyd przed tłumem wege współbiesiadników widzących trupa na moim talerzu]) ale zarazem wyraża poparcie dla małych biznesów próbujących zmienić sposób, w jaki zwierzęta są traktowane, jako koniecznego zła (wszyscy ludzie nie przestaną jeść mięsa, ale można znaleźć poparcie wystarczająco wielu ludzi dla nietorturowania zwierząt o ile istnieć będzie jakaś alternatywa). Tyle, że przy ilości mięsa, jaka jest zjadana na świecie (a zwłaszcza w USA), nie jest to możliwe – najpierw wszyscy muszą zmienić nawyki, co w USA, gdzie mięso jest najwyraźniej tanie i jedzone w ogromnych ilościach, jest podwójnie trudne.

Z dnia na dzień nie zostanę wegetarianką, ale myślę, że dość przekonał mnie do dalszych wysiłków w ograniczaniu zjadania tych nieszczęsnych zwierząt (on i wizja mięsa pływającego w wodzie z kupą i chlorem). Więc na początek – jedząc na mieście, chętniej spróbuję popatrzeć na menu bezmięsne. Sama nie zawsze mam może energię i inspirację szukać alternatywy dla kurczaka, ale jak to tylko kwestia wybrania pozycji z menu, to tym bardziej mogę się wysilić.

  • Żona przeczytała tymczasem Wśród mangowych drzew Madhury Jaffrey, opowiadające o dzieciństwie urodzonej w Indiach aktorki, z dużą dawką opowieści o jedzeniu. Żonie się podobało, ale nie do końca, czegoś podobno brakowało, zabrakło połączenia między ta opowiadaną przeszłością a teraźniejszością narratorki i jakiegoś wyjaśnienia, skąd to gotowanie tam się wzięło. Ale było ciekawie.
  • Pomysły na inne możliwe książki z jedzeniem: Karen Duve, Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment; trylogia Margaret Atwood o MaddAddamie; Laurie Halse Anderson, Wintergirls;Momencie niedźwiedzia Olgi Tokarczuk chyba też jest dość tego tematu; Chorus of Mushrooms Hiromi Goto (gdzie akurat jedzenie jest czymś pozytywnym, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych); Michel Faber, Under the Skin. Wymieniam tylko te czytane przeze mnie i/lub Żonę, stąd brak tu książek pozytywnych (jakichś czekolad czy innych ciast z brzoskwiniami jedzonych pod słońcem Toskanii) ale jak ktoś coś innego skojarzył z kategorią, to byłabym ciekawa tytułów.
  • Następna wylosowana kategoria to ZBIÓR OPOWIADAŃ. Ja zabrałam się (ambitnie) za dawno (od lat, dosłownie, bo prezent od Żony w ogóle…) czekającego na mnie Davida Fostera Wallace’a, a Żona za dawno czekającego na nią Michaela Chabona (którego przeczytałam i jej poleciłam, a ona się jakoś nie zabrała). I Żona oczywiście poleciała jak strzała, a ja nie skończyłam pierwszego opowiadania jeszcze, ale na moją obronę – kończę świetną nową Karen Joy Fowler i trudno mi się oderwać.
Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „1/52 za nami, już tylko 51 zostało: książki z jedzeniem

  1. Bombeletta pisze:

    Kiedyś chciałam przeczytać tę pozycję z ciekawości, ale jakoś minęła okazja i dałam sobie spokój. Tym bardziej, że kieruję się zasadą „mięso podstawą życia”, nie mam oporów przed pożeraniem każdego dnia na śniadania, obiady i kolacje, nigdy nie ograniczam. 🙂 Ale cierpienia zwierząt mi bardzo szkoda… Teraz, jak jest ta cała sprawa z zarażonymi prosiakami i pokazują te tłumy świnek w niegodnych warunkach, to jest mi smutno. Ale mięsa jeść nie przestanę. Niemniej książka Foera wydaje się być interesująca, więc kiedyś, może… 🙂

    • leseparatist pisze:

      Ja szczerze mówiąc do cierpienia zwierząt przeszłam później, najpierw zaczęłam się bać mięsa z uwagi na egoistyczne własne zdrowie [zresztą mój własny lekarz, z tego co wspominał w przelocie, jest od lat wegetarianinem zresztą z uwagi na stawy (za dużo białka w diecie powodowało bardzo bolesne ataki podagry – to zresztą u niego odstawienie nie tylko białka zwierzęcego ale produktów wysokobiałkowych w ogóle)]. To mięso dostępne w sklepach jest jednak tak pompowane wszystkim (hormonami, antybiotykami), że strach… Pamiętam, że jak byłam dzieckiem, to nie można było dostać mięsa z tygodniową datą ważności a teraz mięso surowe potrafi leżeć dłużej niż tydzień i wygląda TAK SAMO… to mnie jednak przeraża 😉 A poza tym nie pamiętam, żeby takie ilości wody się przy obróbce termicznej wydzielały z mięsa – i jak przeczytałam, że w USA to mięso chłodzi się tak, że pokawałkowane wrzuca się do chłodzącej wody z dodatkiem chloru (nie umywszy wcześniej, razem z odchodami zwierząt, które to mięso zabrudziły, bo zniesiono tam przepisy zakazujące sprzedaży do spożycia mięsa skażonego odchodami z rozerwanych jelit) i to mięso może zawierać 11% (zgodnie z prawem) tej wody w masie.. to poczułam, że już wiem, skąd ta woda ;____;

      (Inna sytuacja, która mnie trochę od mięsa odrzuciła, to jak kupiłam pierś kurczaka w sklepie firmowym zamiast w biedronce, przygotowałam i okazało się, że prawie nie da się jeść, taka jest słona. A ja nie posoliłam prawie wcale… surowe mięso nie powinno zawierać tyle soli no ;))

      Ale nawet jeśli potrafiłabym żyć bez mięsa (choć byłoby trudno) to tak naprawdę jest to półśrodek, bo kury na jajka i krowy na mleko są traktowane równie strasznie… a bez nabiału to sobie nie wyobrażam kuchni, ser, twaróg, mleko to jest dla mnie taka zupełna podstawa.

      (Od przeczytania książki jeszcze nie robiłam mięsnego obiadu, ale jestem niestety leniwa i myślę, że długo ten post tak naprawdę nie potrwa.)

  2. Girl pisze:

    Jeszcze była ta „Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi” Kristin Kimball, też wspomnieniowa, którą czytałam w zeszlym roku, trochę bardziej pozytywna 😉 I jestem pewna, że wiele innych książek, których teraz nie kojarzę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s