10/52 (czyli będzie nie po kolei) – Matka Feministka

Wiem, że nie znalazłam jeszcze czasu na opisanie 9/52 (epic fantasy), ale do nowej Agnieszki Graff chciałabym odnieść się na szybko, póki emocje gorące.

10/52 wylosowałam szczęśliwie takie, które właśnie bardzo chciałam czytać. POLSKIE NON-FICTION. Polowałam na Graff dość intensywnie – wybrałam się nawet na spacer po księgarniach (żadna w moim mieście z zasięgu spaceru nie miała, choć jedna obiecała mieć za kilka dni), po czym poddałam się i zamówiłam książkę wysyłkowo (i muszę powiedzieć, że Krytyka Polityczna wysłała ją ekspresowo i nawet Poczta Polska nie zgrzeszyła tym razem). Byłam ogromnie niecierpliwa, bo śledziłam jednym okiem dyskusje wokół książki na codzienniku feministycznym, na feminotece, na lewicy.pl (iirc) i tym podobnych i skrajne emocje nieco mnie przestraszały.

22369857Matka Feministka miała nosić tytuł Matki Polki Feministki, ale Polskie Radio okazało się być właścicielem praw autorskich do tego określenia i postraszyło sądem, więc „Polka” została zgubiona z tytułu. Szkoda – to prawda, że „Matka Feministka” jest bardziej niezbędna, ale ta „Polka” – w odniesieniach do naszego podwórka (a nawet piaskownicy), naszej polityki anty-rodzinnej, naszego Tuska i naszego Mikołejki i naszych Alimenciar – była bardzo zasadna.

Przeczytałam zatem całą książkę Graff na jedno posiedzenie i w sumie moim głównym zarzutem jest „krótka – a wydana, jakby papier był za darmo” (np. zdjęcia zajmowały pół strony – jak dla mnie można by je wydrukować dwa na stronie, albo ułożyć w poziomie i dzięki temu mieć w lepszej jakości, a czcionka była aż za duża). Sądząc po reakcjach w blogosferze i po słyszanych / czytanych gdzie indziej wypowiedziach Graff (a to, że Zegar Biologiczny Naprawdę Istnieje, a to że do rodzicielstwa się dojrzewa [sic] [a polski feminizm do tematu nie dojrzał]) spodziewałam się dużo bardziej kontrowersyjnego zbioru. A to takie wszystko zdroworozsądkowe, miejscami wręcz oczywiste było. Można by zaatakować miejscami skłonność do martyrologii (Graff dostała dużo e-maili, opisuje to jako „obrywa mi się”) albo to, że rodzicielstwo zamyka się tu w posiadaniu małego dziecka tak naprawdę (na przemyślenia z gimnazjum trzeba poczekać, aż Staś podrośnie ;)), albo to, że (choć na początku zaznacza, że pisze o rzeczach, które inni już poruszali) miejscami Graff brzmi, jakby wynalazła właśnie koło. Ale backlashu to tam moim zdaniem wcale za dużo nie ma. Jest przeświadczenie, że może polski feminizm nie robi dość w temacie – ale to chyba mniej obraza, a bardziej konieczna formułka, bo jeśli by robił, to po co komu byłaby ta książka?

Pojawiła się – fałszywa moim zdaniem – polaryzacja, że zgodzić się można albo z Graff, albo ze Środą. I miejscami jest ona humorystyczna, miejscami mniej. Przy czym powiem szczerze, że nie będąc fanką niewidzialnej ręki rynku, ze Środą w sumie na tym polu ciężko się ostatecznie zgodzić. Można się wstępnie zgodzić – że są problemy związane z umatczynieniem feminizmu i Polski – ale trudno wyjść poza to chyba. Ale czy Graff musi wygrywać w związku z tym „by default„?

Krytyka Graff pojawiła się nie tylko z pozycji neoliberalnych (Środa et al.) ale też lewicowych (i dobra riposta do tychże). Nie zawsze do końca trafiona, ale jednak nie jestem w stanie bez zastrzeżeń podpisać się pod Graff, choć trudno mi zawsze znaleźć ten punkt, gdzie moja optyka się rozjeżdża. A trudno mi trochę dlatego, że Graff w jednym miejscu wydaje się o czymś zapominać (np. gdy stwierdza, że wracanie do pracy bądź nie zależy od dostępności babci – ja bym powiedziała, że i babcia nie pomoże, gdy pracy brak) – a w drugim, kilka felietonów później, dostrzega moje zastrzeżenia (okazuje się, że statystycznie rok szuka taka kobieta wracająca z wychowawczego urlopu pracy).

Albo felieton o tym, że opieka nad dzieckiem to wielka dawka władzy i przekonania o niezastępowalności i fantazja o kompetencji – „tylko ty to umiesz i wiesz”. Ale czy na pewno dla każdej kobiety? Ja widziałam w najbliższym otoczeniu kobiety, które tak bardzo czuły się niekompetentne w roli matki, że od niej uciekały w prace, która – dla odmiany – dawała im poczucie kompetencji i niezastępowalności. No i o tym, jak bardzo czują się matki niekompetentne, pisze autorka w innym felietonie.

Albo to:

Dyspozycyjność, elastyczność, zatrudnienie na chwilę i bez żadnych zabezpieczeń socjalnych – to nie są wartości, które współgrają z potrzebami osób sprawujących opiekę nad innymi.

A z czyimi współgrają? Ja nikim potrzebującym opieki się nie zajmuję full-time, ale czasowe zatrudnienie mnie przeraża, a jak dwa lata byłam wyłącznie na śmieciówkach, to nie cieszyłam się swoją „wolnością” tylko stresowałam niepewnością kolejnych zleceń (i w odróżnieniu od Graff [która dzięki wychowawczemu i tak nie potrzebowała], nie miałam możliwości korzystać z ubezpieczenia partnerki, gdyby ona była zatrudniona – bo nie mam prawa do zalegalizowania swojego związku). A co do różnicowania czasu pracy dla rodziców i nie-rodziców – przerabiałam na swojej genderowej podyplomówce tę dyskusję. Czy singielka, która nie ma dzieci, powinna rzeczywiście siedzieć w pracy w każdą wigilię i inne święto „za dzieciatych”? A może powinniśmy powiedzieć, że każdy – dzieciaty, szukający partnera, z którym te dzieci zrobi, opiekujący się dwunastoma persami – ma prawo do przyzwoitych warunków pracy, do wolności od wyzysku, do czasu dla siebie? Nie chcę skłamać, ale możliwe, że Sandberg w Lean In coś o tym nawet pisała.

Jest parę rzeczy, których mi u Graff zabrakło. Na przykład była diagnoza, że rodzicom – a dokładniej, matkom – jest na rynku pracy ciężko, ale to jest dopiero „A”. Feministycznym „B” byłoby dla mnie odważenie się na stwierdzenie, że to status quo – nieludzkie godziny, pytania o „plany rozrodcze” – jest podtrzymywane także po to, by kobiety z rynku pracy wygonić. Że to świetna recepta na bezrobocie (nie każda kobieta bez pracy zarobkowej zgłasza się jako bezrobotna przecież). Chociaż nie, jest o tym troszkę w felietonie „Komisja do spraw Niewychodzenia”, ale wszystko żartobliwie i niby dlatego, że „dla ‚dobra’ dzieci” – [dla swojego dobra, to powinny dzieci być w dobrym przedszkolu, moim zdaniem, gdzie wychowawcy wyłapią, jeśli dziecko jest bite / molestowane, a poza tym dziecko będzie miało szansę na socjalizację i nowe doświadczenia w różnych otoczeniach]. A – jak pisała Diane Negra, opisując w What a Girl Wants mechanizmy „opting out” (wycofywania się z pracy) i „mommy track” (ścieżki kariery wersja „mini” dla matek, bez szans na rozwój i awans) – ten zwrot ku macierzyństwu nie zdarzył się w kulturze pierwszy raz i można go wiązać spokojnie zarówno z reakcją na neoliberalizm jak i z reakcją neoliberalizmu na kryzys. Zamiast mieć kobiety niezadowolone z układu, mamy kobiety niezadowolone z samych siebie (bo porównujące się z niemożliwymi wzorcami supermatek) ewentualnie – z partnerów. Czy kobiety czują się tak dobrze (tak bardzo zobowiązane, tak tęsknią, tak bardzo chce ich dziecko) w macierzyństwie, że wolą je od pracy, czy może tak źle w pracy, ze wolą z niej zrezygnować i być z domu z dzieckiem? Może trochę tego i tego? I Środa pewnie powiedziałaby, że to drugie, ale to nie znaczy, że nie ma trochę racji. Ani nie znaczy, że wynika z tego, że powinny zacisnąć zęby.

Supermatki to drugi temat, którego pogłębienia mi w zbiorze zabrakło. Mamy superwomen, mamy rynek, mamy Graff porównującą się z innymi matkami na placu zabaw, mamy nawiązanie do mommy olympics – prześcigania w matkowaniu najdoskonalszym – ale zabrakło mi stwierdzenia, że wpisanie się w macierzyństwo bliskości to też sposób na bycie idealną matką, i zaznaczenia, że ta bliskość ma być na samym początku, nie musi oznaczać trzymania dziecka za rączkę do studiów. (A te przemiany w macierzyństwie naprawdę zaszły. Moja mama nie siedziała ze mną nad każdą pracą domową. Dzisiejsze mamy najczęściej siedzą. A nawet jak miałam 3-4 lata, to czasami miałam się przy mamie zajmować sobą sama. Nie mieliśmy telewizora, ale np. słuchałam w kółko bajek z winyli. I w sumie mnie to cieszy, nie chciałabym być całym światem mojej mamy 24/7 nawet wtedy.)

Zawadzka, w linkowanym wyżej artykule, oskarża Graff o niedostrzeganie przywilejów czerpanych z macierzyństwa. Nie jest to chyba do końca prawda (jakieś przywileje gdzieś tam u Graff przebrzmiewają, a zarazem – część z nich to zaiste taki lizak na pociechę), ale trochę jednak też mnie to zabolało. Bo dla mnie też, osobiście, macierzyństwo jest społecznym batem i wiem, jakie *realne* zyski bym z niego miała (moje miejsce pracy jest akurat takie, że posiadanie dzieci nie uniemożliwia pracy [choć w awansie wiadomo, nie pomaga], ale stanowi za to główną oś rozmów w kuluarach, z których jestem wyłączona). Zrobię zatem coś, co Graff skrytykowała w książce – pójdę w konfesjonał (to też mnie zirytowało – szanuję wybór Graff, by nie chcieć pozbawiać siebie i swoją rodzinę prawa do prywatności, ale zabrzmiała osądzająco wobec wszystkich dokonujących innego wyboru, dokonujących go nieraz dla pełnej szczerości, by nie udawać, że jesteśmy oderwaną z kontekstu piszącą ręką i wszech-widzącym okiem).

Moja własna mama uważa, że zamiast zajmować się feminizmem, powinnam walczyć o prawdziwie dyskryminowane grupy (np. niepełnosprawnych). Uzasadnia też swoje potępienie dla moich „wyborów” właśnie przez macierzyństwo. Jej zdaniem, bez macierzyństwa nigdy nie będę bowiem w pełni kobietą / w pełni szczęśliwa / nie przejdę pełnego cyklu życiowego (czy coś w ten deseń). Gdy odpowiadam jej, że nie wie tego – ani tego, że tylko macierzyństwo to pełnia życia, ani – że nigdy go nie zaznam – dowiaduję się, że a) wie, b) dziecko powinno mieć matkę i ojca. (To ostatnie jest szczególnie zabawne w kontekście rozwodu moich rodziców.)

Dokąd z tym zmierzam? Do tego, że zajmowanie się w feminizmie macierzyństwem jest sposobem na legitymizowanie się i nie tylko zdobycie uwagi kobiet, ale też zdobycie społecznej akceptacji. Te wychwalane przez Graff Moms Rising są zaiste skuteczne, i rzeczywiście gotowe poruszać nie tylko tematy mało kontrowersyjne (pozbądźmy się toksycznego żółtego barwnika z produktów Krafta) ale też takie stricte feministyczne (prawa reprodukcyjne), równościowe (tzw. tęczowe rodziny), anty-korporacyjne (ograniczenie wyzysku, walka z NRA) czy lewicowe (prawa migrantek i migrantów), ale obawiam się, że w Polsce nas to nie czeka (choćby dlatego, że brakuje takiej mobilizującej sprawy jak BROŃ PALNA czy brak federalnych ustaw o urlopie macierzyńskim w ogóle). Z drugiej zaś strony – wreszcie mamy uzasadnienie. Robimy to jako MATKI. Chodzi nam o DZIECI. Prawa kobiet są ważne Z UWAGI NA DZIECI. Czy to alibi jest nam konieczne i czy – sięgając po nie – nie tracimy czegoś jednak (chociażby prawa do mówienia *nie* w imieniu dzieci)? Nie mówię, że musimy od razu robić coś jako atomistyczne jednostki, ale więzi są różne. (Każdy z nas jest, jak pisała nielubiana przez Graff Butler, kruchym życiem, nasze istnienie jest zawsze zależne od innych, a inni od nas.) Nie musimy być matkami, by móc posługiwać się lewicową etyką troski.

Więc w podsumowaniu – potrzebujemy w feminizmie miejsca dla matek, to prawda. Ale niech to miejsce nie jest „tylko dla matek”.

I na koniec dwa spostrzeżenia, jedno na plus, jedno na minus.

Na minus – Graff niby pisze o rodzinach tęczowych, ale czy ma na myśli rodziców tęczowych adoptujących, czy tylko takich, którzy mają dzieci ze związków hetero? Bo niby wspomina o prawach rodzin tęczowych, przywołuje wyniki badań, ale z jednej strony stwierdza, że polskie ruchy LGBT nie starają się za bardzo o prawa adopcyjne (to nie jest prawda, wiele tych ruchów już od jakiegoś czasu ujmuje to wśród swoich postulatów i to mówiąc nie tylko o dzieciach z wcześniejszych związków, ale i o adopcji spoza własnej rodziny / in vitro itp.) a na koniec pojawia się taki fragment:

W nowoczesnych społeczeństwach rodzinność nie polega na tym, że kobiety zamyka się w domach, lecz na tym, że kobiety i mężczyźni razem pragną mieć dzieci i razem się o nie troszczą, a państwo gwarantuje im obojgu prawo zarówno do czasu z dziećmi, jak i do pełnienia w życiu innych ról niż opiekuńcze.

Jakby to nie był sam koniec książki, to może uznałabym to za niezgrabne sformułowanie, które można odczytać wieloznacznie. Ale wrzucone na koniec, jako podsumowanie, wydaje się jednak wykluczać. Czy nie można było napisać – kobiety i mężczyźni, pary heteroseksualne i homoseksualne? Jeśli już minimalistycznie uznamy, że istnieją tylko pary z dziećmi, a nie osoby samotnie wychowujące czy nawet związki składające się z większej liczby osób 😉

Na plus zaś – Graff zgrabnie moim zdaniem omija esencjalizm. Nie utożsamia rodzicielstwa z macicą i jajnikami, z mlekiem (ale tylko z cycka) i porodem „siłami natury”. A zarazem nie boi się tej biologicznej strony i jej nie pomija, zauważa kwestie handlu kobiecym ciałem i dzieckiem, surogatki i okna życia, to, jakie są to jednak problematyczne tematy.

Zatem podsumowując, książka była w porządku, dobrze się ją czytało dla porównania z amerykańskimi tekstami o podobnej tematyce, czy nawet w ramach kontekstu dla nowego sezonu moich ukochanych Chirurgów – serialu, który chyba najciekawiej moim zdaniem pokazuje problematykę macierzyństwa – jako pragnienia kobiet, jako lęku kobiet, jako problemu równościowego, jako czegoś, co przestawia życie, w kontekście związku i kariery i prawa do aborcji. Ciekawe, co by Graff na temat tych nowych sezonów Chirurgów powiedziała – może spodobałyby jej się bardziej, niż Kindze Dunin 😉

Przemówienia z kongresów były ciekawsze niż felietony, szkoda, że wstęp i zakończenie nie mogły być zauważalnie obszerniejsze i bardziej wszystkiego omówić, ale książka była ciekawa. Bądź co bądź, przeczytałam ją od deski do deski w jeden dzień – choć to pewnie było możliwe dlatego, że nie mam dzieci ;D

(Żona też przeczytała Matkę jako 10/52, i opisała ją na goodreadsach, tutaj, jeśli ktoś ciekawy.)

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „10/52 (czyli będzie nie po kolei) – Matka Feministka

  1. Bombeletta pisze:

    Całkowicie popieram i zgadzam się z Twoim podsumowaniem: „potrzebujemy w feminizmie miejsca dla matek, to prawda. Ale niech to miejsce nie jest „tylko dla matek”.” Mam wrażenie (może mylne, ale skądś się jednak wzięło), że ostatnio feministyczny dyskurs publiczny skupia się wyłącznie na tym. Ciągła próba przekonywania o konieczności karmienia piersią publicznie, dyskryminacji matek w miejscach publicznych (pielucha na środku restauracji), czy właśnie skupianie się głównie na „matkowatości” i „płodności” kobiety. Ja to wszystko rozumiem i fajnie, ale dlaczego tylko szafowanie „mitem matki”? Przecież kobieta nie jest tylko narzędziem do reprodukcji. Nie każda kobieta chce w ogóle mieć dzieci. Nie każda czuje ten „instynkt” i „ciumcia” na widok małych dzieci. Gdzie jest mowa o tym? To trochę tak, jakby myśl poszła za daleko, a w tyle zostały wszystkie te sprawy bardziej podstawowe – równość kobiet wobec mężczyzn (wciąż tak realna!), walka przeciw przemocy wobec kobiet (każdego dnia, wszędzie!), prawa do antykoncepcji (tyle dziewczyn nie ma pojęcia w ogóle o mechanizmach płciowych i możliwości antykoncepcji jako takich!) i podejmowania wyboru za własne ciało. Wszystko to usunęło się w cień na rzecz „matki”. Tak, sam fakt macierzyństwa i skupienia uwagi na matkach stawia feministki w lepszym świetle opinii publicznej, ale jeszcze raz powtórzę – kobieta to nie tylko matka. Nie tylko osoba heteroseksualna z pełnoprawnym partnerem u boku. I nie rozumiem, czemu ostatnio wydawać by się mogło, że feministki o tym zapomniały.

  2. Bombeletta pisze:

    *w sensie, że „nierówność” kobiet i mężczyzn – jakoś dziwnie to skonstruowałam, ale mam nadzieję, że wiadomo o co chodzi 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s