w przerwie między książkami: 22 & 24 / 52, czyli cykl Diany Gabaldon

#22: Książka ze Szkocją & #24: Kontynuacja cyklu.

Cały świat czyta teraz Dianę Gabaldon. Po prawdzie, cały świat (a przynajmniej wielbicielki romansideł i kluby książek) czytał ją już w latach 90-tych, ale teraz ruszyła serialowa ekranizacja (z piękną obsadą i piękną scenerią / muzyką i troszkę moim zdaniem nudnawa, ale patrz punkt 1 & 2) i zainteresowanie odżyło, przeżyło renesans, zwielokrotniło się.

Ja Dianę Gabaldon czytałam bardzo dawno temu. Nie cykl, broń bosze – przeczytałam opowiadanie w zbiorze Legendy II, świeżo wówczas w Polsce wydanym. Było o uroczym geju-arystokracie-żołnierzu, w XVIII wieku i w zasadzie tyle zapamiętałam z historii. Nie były to do końca moje klimaty, ale czytało się całkiem fajnie, zachęcona więc tym doświadczeniem, kilka lat później sięgnęłam po zalegający w bibliotece tom 1, wydanie po angielsku. Ciężka cegłówa, twarda oprawa, wydanie brytyjskie zresztą, a więc w wersji zatytułowanej dyskretnie – Cross Stitch. Znałam już wtedy powieść z opinii internetowych – zachwycały się nią recenzentki, piejące na temat romantyczności i świetnych scen erotycznych. Zaczęłam czytać… i odpadłam po około 50 stronach, bo – szczerze mówiąc – jak na romansidło, naprawdę nic się tam nie działo. To prawda, bohaterka cofnęła się w czasie i ktoś wyglądający całkiem jak jej mąż próbował ją od razu zgwałcić, a potem została uprowadzona przez Szkotów, no ale… jakoś tak nudne mi się to wydawało.

Więc dałam sobie spokój, książkę oddałam bez żalu. Trudno się mówi, zamiast tego poczytałam coś innego.

Powrót po latach był więc nieco nieufny, ale wylosowawszy kategorię „książka ze Szkocją” akurat wtedy, gdy znajome zabrały się za lekturę uznałam za znak. Czy miałam rację… cóż.

Outlander (wyd. polskie Obca) i Dragonfly in Amber (Uwięziona w bursztynie) to dwa pierwsze tomy cyklu. Stanowią one bardzo mocno związaną całość, choć Obcą można jeszcze czytać samą i na tym znajomość zakończyć. Niestety, jeśli zacznie się drugi tom, łatwo wkręcić się w cały cykl, bo czekają nas już chyba cliffhangery na zawsze.

Ale do rzeczy. Bohaterką cyklu (a przynajmniej dotychczasowych tomów) jest Claire Randall, pielęgniarka. Po zakończeniu II wojny światowej, która zmusiła ją do długiego rozstania z mężem (historykiem i szpiegiem!), wybiera się z Frankiem Randallem, swoim ślubnym, na podróż do Szkocji. Celem jest lepsze poznanie się po długiej rozłące, a jak dobrze pójdzie – spłodzenie wymarzonego potomka. I nawet nie najgorzej idzie im i jedno i drugie (a zwłaszcza drugie) aż tu nagle Claire dotyka niewłaściwego kręgu kamieni w niewłaściwym momencie i – nagle cofa się około 200 lat w czasie, do okresu tuż przed wojną wywołaną przez pretendenta do tronów Anglii i Szkocji, Karola Edwarda Stuarta, nota bene prawnuka naszego rodzimego Jana III Sobieskiego.

Claire trafia do świata okrutnego i wrogiego – a ona sama, jako kobieta, a do tego niezamężna (bo jak tu Franka wytłumaczyć?), niestosownie ubrana i Angielka – na wrogów nie musi czekać. Niemal natychmiast pada ofiarą próby gwałtu… ze strony mężczyzny wyglądającego kubek w kubek jak jej mąż, a będącego jego dalekim (złym, złym, złym) przodkiem. W pełnym zagrożeń świecie, ostoją staje się dla niej przystojny młody Szkot, gotowy narazić życie i cnotę, by tylko chronić ciemnowłosą piękność, która opatrzyła jego rany. Czy można się jej zatem dziwić, gdy zgadza się na pospieszny ślub z przystojnym i dobrym Jamiem Fraserem? (I czy to zdrada, jeśli twój mąż jeszcze się nie urodził – i nie wiesz, czy kiedykolwiek się jeszcze zobaczycie?)

Claire miota się potem po Szkocji, sama i w towarzystwie, zmuszona uciekać przed złym Jackiem Randallem (przodkiem-gwałcicielem), który z jakiegoś powodu wyjątkowo mocno nienawidzi Mister Frasera. Poznaje „czarownice”-patriotki, dobroduszne kucharki, zazdrosne młode Szkotki (które ostrzyły sobie ząbki na pięknego Jamiego), knujących i brutalnych Szkotów w kiltach i te pe, i te de. A w drugim tomie do całego zestawu dołącza dwór francuski i moce magiczne (już bez cudzysłowu). Oczywiście.

Trochę się książką zawiodłam. Moje oczekiwania nie były wielkie, ale ten rzekomo gorący seks dla mnie był raczej niejasny – w chwilach, gdy spodziewałabym się wyjaśnień, autorka stawała się pruderyjna (np.: czy to był seks oralny czy nie? I jeśli tak, czemu aż tyle gryzienia?), by po chwili skupić się na seksualnym acz mało seksownym detalu. Co więcej, Jamie z pierwszego tomu jakoś nie budził we mnie wielkiej sympatii… potem było już lepiej, ale być może po prostu zadziałała siła przyzwyczajenia. No i ta długość – te powieści można by odchudzić o 400 albo i 500 stron każdą i wyszłoby to lekturze na dobre.

Autorka miała też bardzo dziwne przesłania, począwszy od silnych wątków religijnych (zwłaszcza pod koniec 1 tomu), poprzez jej intensywną fascynację gwałtem (zwłaszcza homoseksualnym) na idealizacji – a wręcz gloryfikacji – kar cielesnych skończywszy (to prawda, że chłosta pokazana jest jako coś złego a bohaterka przeżywa szok, gdy dziecko ma zostać skazane na obcięcie ręki za kradzież, ale wszystkie te historie o tym, że dzieci należy bić [a żony czasem można]) by dobrze je wychować… nawet biorąc poprawkę na historyczne realia wydają się trochę ekscesywne, że tak po polsku to ujmę). Mamy też bardzo nieprzyjemne pokazanie osób homoseksualnych (jak nie gwałciciel to chociaż molestuje, a do tego może pedofil? To przynajmniej zmienia się w kolejnych tomach) oraz spory nadmiar gwałtu.

Czemu więc, mimo tak wielu zarzutów – nie dość, że doczytałam tym razem pierwszy tom, to jeszcze sięgnęłam po drugi od razu? Powodów jest kilka. Po pierwsze, jest to wcale wciągające czytadło. To prawda, przy kolejnych potyczkach przewracałam kartki mało uważnie, ale bardzo chciałam dowiedzieć się, co będzie dalej. Co więcej, postaci drugo- i trzecioplanowe są całkiem interesujące – niestety, dotyczy to zwłaszcza szwarccharakterów a przynajmniej bohaterów raczej mało pozytywnych. No i szkockie krajobrazy są niesamowicie pociągające, a autorka oddaje je całkiem nieźle (jak na Amerykankę). Choć i tak najlepiej pisze ona o macierzyństwie – jej opisy ciąży były zmysłowe i piękne. Szkoda, że z seksem szło jej gorzej 😉

No i znakomicie się przy tym odmóżdżałam. Teraz co prawda dzielnie odstawiłam cykl i przeczytałam dwie poważne książki, ale czuję, że wkrótce wrócę do losów trójkąta miłosnego sprzed Twilightu, do czytadła, które służyło za Greya przed Greyem… No trudno, słaba jestem.

(Żona w ramach #22 przeczytała najnowszą Ali Smith, How to Be Both. Trochę mi wstyd w porównaniu, no ale trudno.)

Reklamy

Informacje o leseparatist

26 lat, nałogowa, entuzjastyczna i obsesyjna czytelniczka. To mój blog o czytaniu - eklektycznym i bezwstydnym.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „w przerwie między książkami: 22 & 24 / 52, czyli cykl Diany Gabaldon

  1. Girl pisze:

    Moje może bardziej ambitne, ale Twoje miało prawdziwą Szkocję…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s