podsumowanie wrześniowe

wrzesień

Wrzesień książkowo był miesiącem zaskakująco udanym. Piszę zaskakująco, bo był to też miesiąc bardzo zajęty – ale książkowo zrobiłam wreszcie trochę postępów. Zacznijmy więc od statystyk.

Przeczytałam jedenaście tekstów, w tym jeśli idzie o mniej „rozbudowane” – jedno opowiadanie, jeden komiks i jeden krótki zbiór (dwóch) opowiadań, jedną bogato ilustrowaną książkę kucharską. Poza tym – dwa długie romansidła, jeden literacki zbiór opowiadań, dwie powieści tak ciepłe, że aż świeżo wydane, jedną powieść-klasykę LGBT, jedną nowiutką Young Adult, jedną feministyczną klasykę teorii… Najstarsza książka w oryginale wydana była w latach 40-tych, najnowszą – czytałam dosłownie dwa-trzy dni po premierze. Trzy książki miałam tym razem na papierze, reszta – czytnik. Jak widać, pełen rozstrzał. Wszystko razem zebrało się w niesamowite dla mnie 4600 stron.

Geograficznie – na prowadzeniu jak zwykle Ameryka, z sześcioma tekstami. Cztery razy Wielka Brytania, raz Chiny (choć tłumaczenie oparte na amerykańskim wydaniu).

Najulubieńszymi lekturami były powieści Sarah Waters i Sarah Rees Brennan. Najsłabsze było chyba romansidło Gabaldon, Dragonfly in Amber.

Poniżej pełna lista i zdanie-dwa na temat każdej pozycji.

87. Masterchef Cookery Course – pięknie ilustrowany i przydatny, już nawet korzystałam z rad w nim zawartych. Kupiony w przecenie na wycieczce do Warszawy. Zakup, z którego byłyśmy z Żoną bardzo zadowolone mimo ciężaru, który stanowił pewne wyzwanie w drodze powrotnej…. ;D

88. Diana Gabaldon, Dragonfly in Amber – skuszona serialem porwałam się na słynne romansidła. Swoją opinię zawarłam już w pełnej recenzji 1 tomu, dodam więc tylko, że tom drugi zasadniczo ciągnie wszystkie dobre i złe strony pierwszego. Czyta się wartko, w sam raz na czyszczenie mózgu po pracy, lektura zaiste tramwajowa. Tylko ten tom jeszcze bardziej przesadził z długością…

89. Sarah Waters, The Paying Guests – opis w poprzednim wpisie. Bardzo dobra powieść (i druga ulubiona lektura miesiąca).

90. Eileen Chang, Czerwona róża, biała róża – zbiór opowiadań, które drukiem ukazały się po chińsku w latach 40-tych, ale dopiero kilka lat temu doczekały się tłumaczeń. Chang najbardziej znana jest w chyba w Polsce z „Ostrożnie, pożądanie” – opowiadania, na którego kanwie powstał film Anga Lee (i jeden z moich ulubionych filmów w ogóle). Zbiór jest w moim odczuciu dość nierówny – niektóre opowiadania zupełnie do mnie nietrafiały, ale w najlepszym z nich (niemalże tytułowym, bo najczęściej zbiór ten ukazuje się pod tytułem „Miłość w pokonanym mieście”) znalazł się taki cytat:

„Kobieta, która dała się zwieść mężczyźnie, zasługuje na śmierć. Kobieta, której udało się zwabić mężczyznę w pułapkę, jest dziwką. Jeśli zaś próbowała zastawić na niego sidła, lecz poniosła klęskę i sama wpadła w zasadzkę, jest dziwką w dwójnasób – taką to nawet zabić szkoda, żeby nie ubrudzić noża.”

Myślę, że znakomicie pokazuje on, jak pisze Chang. Bezkompromisowo i bezwzględnie. Ja wolę pisarstwo pełne miłości bliźniego 😉 ale te opowiadania robią wrażenie.

91. Armistead Maupin, Tales of the City – a to klasyka LGBT, zebrane razem króciutkie opowiadanka-felietony, które ukazywały się prozą, opowiadające o mieszkańcach pewnego domu w San Francisco i ich różnorodnych losach i zawiłych relacjach. Mamy więc mniej i bardziej spełnione heteryczki, gejów szukających miłości, gejów udających heteryków… styl i struktura troszkę podobne do Seksu w wielkim mieście, ale z większym społecznym rozmachem, bardziej rozwiniętą fabułą (mamy centralną intrygę, a nawet kilka) i mroczniejszym światem. Kto wie, może sięgnę kiedyś po kontynuacje.

92. Octavia Butler, Unexpected Stories – dwa wydane pośmiertnie opowiadania klasycznej pisarki science-fiction, pierwszej sławnej czarnej autorki gatunku i laureatki grantu MacArthura (tzw. „grantu dla geniuszy”). Wartościowe i – jak to Butler – pozostawiające niezatarte wrażenie.

93. Sarah Rees Brennan, The Night After I Lost You – krótkie opowiadanie osadzone pomiędzy tomami cyklu Brennan. Przeczytałam głównie żeby przypomnieć sobie, kto jest kim przed lekturą ostatniego tomu trylogii i niestety, trochę się zawiodłam, bo stylistycznie nie było za dobrze, choć emocjonalnie – jak zwykle znakomicie.

94. Diana Gabaldon, Voyager – tom trzeci romansidła o powojennej pielęgniarce (a w zasadzie już lekarce) i jej ukochanym XVIII-wiecznym Szkocie. Niestety, miłe złego początki – pierwsze 25% książki było dużo, dużo lepsze niż wcześniejsze tomy, a potem nastąpiło gwałtowne pogorszenie i książka ostatecznie wylądowała na moich goodreads z dwiema gwiazdkami na pięć, a więc jak zwykle. Czemu tyle gwałtu, czemu tyle rasizmu. Powieść ratował tylko sir John, postać trzecioplanowa, której Gabaldon poświęciła odrębny cykl, który kusi mnie teraz nieznacznie bardziej, niż główny Outlander.

95. Sarah Rees Brennan, Unmade – może nie najlepsza, ale z pewnością ulubiona lektura miesiąca. Powieść Young Adult, zakończenie cyklu. Niesamowicie rezonujące emocjonalnie (popłakałam się na niej…) i bardzo ciekawe. Szkoda, że takie krótkie (i szkoda, że redakcja miejscami spała przy wyłapywaniu powtórzeń). Mam nadzieję, że napiszę jeszcze o niej wpis osobny.

96. Kelly Sue DeConnick, Pretty Deadly vol. 1: The Shrike – doczytałam też wreszcie dawno rozpoczęty komiks. Wizualnie interesujący i strukturalnie kunsztowny, świetna mitologia i postaci, ale niestety – miałam problemy ze zrozumieniem, co się do końca dzieje i odróżnieniem niektórych postaci. Tak to jest, jak się jest mało komiksowym czytelnikiem (a nawet czytelniczką). Dobre, ale chyba nie doceniłam do końca.

97. Betty Friedan, The Feminine Mystique – no i klasyka feministycznej krytyki. Książka niestety mocno się zestarzała – oburzenie Friedan seksualizacją, której doszukuje się w zbyt śmiałych powieściach może i da się przełożyć na dzisiejsze króliczki playboya na piórnikach, ale wydaje się jednak dość pruderyjne, a jej (niecelowo) rasistowski język i (celowo) homofobiczna retoryka pokazują słabości drugiej fali. Niemniej jednak książka miała mocne momenty – na przykład wtedy, gdy skupiła się na fali „powrotu do domu” i wmawania kobietom, że nic tak nie satysfakcjonuje jak nowa pasta do podłogi, albo umiejętność zrobienia homara lepszego, niż w restauracji. Friedan uprawia obwinianie ofiary, bo większości przyczyn powrotu kobiet do sfery domowej doszukuje się w psychologii, niedojrzałości i lęku, który wydaje jej się nieuzasadniony – choć nieraz chyba miał realne podstawy. Niemniej jednak jej diagnoza dotycząca tego, jak niezdrowe jest to dla rozwoju kobiet i ich psychiki wydaje się zaskakująco bieżąca. A statystyki dotyczące późnych lat 50-tych porażały – większość kobiet brała wtedy w USA śluby przed 19 rokiem życia, i to był to trend idący w kierunku kobiet zawierających małżeństwa coraz wcześniej, nie coraz później. Straszne.

Może dzisiaj nie ucieka się przed samodzielnością i wolnym czasem w piąte dziecko „byle mieć czym zająć ręce” – mass media zapewniają dość rozrywek w tej kwestii – ale sporo spostrzeżeń można odnieść do dzisiaj. A zatem – mocno mieszane miałam uczucia.

A plany na październik? Jeszcze nie całkiem sprecyzowane – usiłuję doczytać niektóre z rozgrzebanych dawno książek, w szczególności Natashę Walter i Kelly Link. Ostrzę sobie też zęby na kilka nowości – memoir Leny Dunham, autorki serialu Girls, nową powieść Scotta Westerfelda, drugi tom interesującej genderowo space opery Ann Leckie… A jak przyjdzie co do czego, to może zgrzeszę kolejną Gabaldon. A może nie. Zobaczymy, ale na pewno się tutaj szczerze ze wszystkich grzechów wyspowiadam.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Never such innocence again

Na nową Sarah Waters rzuciłam się gdy tylko się ukazała. Czekałam na nią od dawna i przeczytałam w istnym szale.

PayingGuest_D-2The Paying Guests czyli „Płacący goście” to trzymająca w napięciu a zarazem pięknie i lirycznie napisana historia o końcu pewnej epoki i początku nowej – utraconej rzekomej niewinności La Belle Epoque i rozpoczętej współczesności. O zetknięciu ze sobą różnych światów – wschodzącej klasy średniej (parę lat temu wręcz jeszcze klasy pracującej, awans społeczny tak świeży, że aż) i upadającej zubożałej klasy wyższej (troszkę niższej, niż w Downton Abbey, ale niewiele mniej snobistycznej). A zarazem – historia miłosna, kryminał, powieść obyczajowa. Smakowite połączenie – i znowu z lesbijkami, których tak mi brakowało w The Little Stranger ;).

Mamy zatem wczesne lata 20-te i willową dzielnicę Londynu. Bohaterką powieści jest Frances – „stara panna” opiekująca się owdowiałą matką i opłakująca dwóch braci, którzy zginęli na wojnie. Po śmierci ojca Frances wyszło na jaw, że sytuacja finansowa rodziny jest w bardziej opłakanym stanie, niż się to wcześniej wydawało i dwie kobiety stopniowo zmuszone były zrezygnować z kolejnych luksusów – takich jak służba (której obowiązki przejmuje Frances, zarazem starająca się sprzątać tak, by matka przypadkiem nie widziała córki wykonującej uwłaczającej ich pozycji fizycznej pracy), ale i zbyt częste używanie światła czy ogrzewania. W obliczu narastających długów, decydują się one na przyjęcie lokatorów, tytułowych „płacących gości” – w osobach Leonarda i  Lilian Barberów, urzędnika pnącego się po szczeblach kariery i jego żony. Ale i Frances, i małżeństwo Barberów mają swoje tajemnice, między Frances i Lilian nawiąże się bliższa przyjaźń, a wszystkie oczekiwania czytelnicze okażą się błędne. Powieść ma smutny, nastrojowy ton – nic zresztą dziwnego, opowiada bowiem o bolesnym momencie w historii Anglii, po I wojnie światowej mamy utracone pokolenie, kobiety zmuszone do powrotu do domu, bezrobotnych weteranów (często okaleczonych a przynajmniej cierpiących na PTSD) i społeczne zmiany.

Jak to bywa u Waters, nastrój i zwroty akcji idą ze sobą w parze – powieść pełna jest pięknie zbudowanych i przekonujących metafor i porównań, a zarazem fabuła pędzi do przodu i zmusza do czytania „jeszcze dziesięciu stron”, bo koniecznie chcemy dowiedzieć się, co dalej. Waters z niesamowitą dbałością i ogromnie przekonująco oddaje psychologię postaci, pokazując niezwykle przekonująco chwile wahania, najbrzydsze impulsy, to jak łatwo coś pięknego i romantycznego w jednej chwili wydaje się wstydliwe i brzydkie w następnej.

Literacko i tematycznie najbliżej jest tu do dwóch ostatnich powieści Waters, co w moich ustach jest pochwałą, bo Nocna straż to moim zdaniem najlepsza powieść autorki. Nocna straż była jednak ciut bardziej przygnębiająca – jej przesłaniem mogłoby się wręcz wydawać „na II wojnie światowej było źle, ale potem było tylko gorzej”, zaś Goście pomimo ogólnej ponurości oferują jakieś drobne nadzieje.

Odrobinę mniej podobała mi się zmiana konwencji w połowie powieści (ale – jak to u Waters – nie chcę nic konkretniej mówić, bo zaskakujące zwroty akcji stanowią jedną z przyjemności pierwszej lektury). Ta druga połowa przypadła mi do gustu nieco mniej, a powieść mogłaby jak dla mnie być nieco mniej nieprzyjemna i smutna – niemniej jednak zakończenie było dobre (choć może nie w stu procentach „zasłużone”, zgodne z oczekiwaniami zbudowanymi przez powieść). Polecam z czystym sumieniem.

(Żona książkę przeczytała w ramach 52/52, ale twierdzi, że już wszystko napisałam, doda więc tylko, że dla niej druga połowa książki była jednak trochę zawodem, a zakończenie wydało jej się na siłę doklejone. Ogólnie książka na tak, ale mogło być lepiej ;))

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

10 a nawet 14 książek

No otagowano mnie cztery albo pięć razy, więc w końcu się złamałam i skompilowałam. Kolejność na tyle chronologiczna, na ile pamiętam. Książek można by jeszcze wymieniać i wymieniać (no a Mała księżniczka? A co z Jeannette Winterson? A gdzie miejsce dla Anny In w grobowcach świata? Przeminęło z wiatrem? Sarah Kane i Jądro ciemności? Wiwat aspidistra, która mnie politycznie uwrażliwiała (bardziej niż 1984 i Folwark zwierzęcy razem wzięte)? Albo „zwierzęce” powieści Karpowicza i Curwooda (Szara wilczyca <3)? Można by te lektury mnożyć w nieskończoność, ale na czymś poprzestać trzeba. A zatem…

1. Najważniejsza książka mojego dzieciństwa to bez wątpienia Astrid Lindgren i jej Ronja, córka zbójnikaCzytałam ją milion razy i myślę sobie czasem, że moi rodzice nie mieli za wiele czasu na wychowywanie mnie (zwykle określam to z mamą tak – ja byłam grządką podlewaną, ale niepieloną) to takie książki robiły to za nich. Zapewne można by się doszukiwać w niej i mojej lewicowości (dzielenie się jedzeniem, głód) i feminizmu (Ronja powinna móc być następczynią ojca!). Język, ilustracje, wszystko było w tej książce perfekcyjne. Kocham ją do dziś.

2. Roald Dahl, Jakubek i brzoskwinia olbrzymka – jedna z pierwszych niesamowitych opowieści, które czytałam kilkanaście (może kilkadziesiąt) razy. Dahl to była też lektura sprzedana mi przez tatę, który zabrał mnie na Czarownice do kina (miałam potem koszmary tygodniami, dobre rodzicielskie zachowanie) i kupił mi Wielkomiluda. Ale nic nigdy nie podobało mi się tak bardzo jak Jakubek, groteskowy i bachtinowski. Niegrzeczność, zupełny brak powagi. I te straszne ilustracje. (Druga książka podobnie zapamiętana to Baśnie z ulicy Brocka, pamięta ktoś? Czaderskie były ;))

 

3. Lucy Maud Montgomery, nie wiem w sumie, czy bardziej Pat, Emilka czy Joanna / Valency z Błękitnego zamku. Ale nie Ania, Ania po Pat i po Emilce była troszkę zbyt „specjalna” dla mnie, zbyt urocza, zarazem zbyt niegrzeczna i grzeczna… Za to Pat była tak ciepłą i dobrą książką, że ❤

4. Orson Scott Card, Mówca umarłych – autor jest okropny, ale w tej książce było mnóstwo przesłań, które bardzo do mnie trafiały i dały mi do myślenia – o tym, jak poznanie i zrozumienie bliźniego wiąże się z miłością, takie tam. Poza tym czytałam to do około 3 nad ranem, na 8 miałam do szkoły, i przy okazji płakałam tak bardzo, że dostałam bólu głowy

5. Terry Pratchett, Świat dysku (całokształt) – przemawiający do mnie etycznie jak mało która „poważniejsza” książka, humanistyczna i pełna zrozumienia. Gdybym miała wybrać jeden tom z „wpływem”, to pewnie wcale nie byłby to jeden z lepszych (Night Watch ♥), tylko właśnie jakieś Rincewindy z ich zrozumieniem dla słabości i tchórzostwa.

6. Daphne du Maurier, Rebeka – zrobiła na mnie niesamowite wrażenie i wielokrotnie ją od tamtej pory przypominałam sobie. Gotyk, klimat, język – i jakieś takie przeczucie zakazanej seksualności. (Wydanie, które czytałam, było tak stare, że nie miało okładki i nie mam pojęcia, jak na nie trafiłam i czemu wzięłam je zupełnie przypadkiem z biblioteki. Ale podczas lektury przypomniałam sobie, że w dzieciństwie, lata wcześniej, widziałam film (telewizyjny, nie kinowy), z którego pamiętałam TYLKO scenę konfrontacji z Panią Danvers. To się nazywa wrażenie!)

 

7. J. K. Rowling, Harry Potter i … – sam cykl niekoniecznie, ale środowisko i wszystko co związane zmieniły mi światopogląd, poprzestawiały priorytety i pozwoliły znaleźć ujście dla buntu ;D Pierwsze dwa tomy przeczytałam w jedno popołudnie / wieczór. Wróciłam ze szkoły, zaczęłam czytać tom 1, wstałam po paczkę landrynek, wróciłam zjadłam całą paczkę i doczytałam do końca tomu 2.


8. Neil Gaiman, Sandman: Zabawa w ciebie – dawka wszystkiego, co zakazane, queerowy i brutalny i przewrotny, komiks czytany w księgarni pokątnie, bo żal mi było pieniędzy na bardzo drogie wydania (plus strach było trzymać w domu, raczej nie spotkałoby się ze zrozumieniem). Też jakoś tak trafiało mi we właściwe miejsce.

9. Zadie Smith, Białe zęby (całość) i Łowca autografów (prolog) – scementowały podejście do literatury i preferencje, podejrzewane od czasów Pratchetta – prawdziwie wielkie wrażenie robią na mnie tylko autorzy, w których twórczości wyczuwam miłość do ludzi. A Łowca autografów pomagał mi radzić sobie z własną żałobą po śmierci ojca, bo czytałam go (drugi raz, po angielsku) akurat niedługo po jego śmierci.


10. Toni Morrison, Beloved – cios w miękkie, poezja i piękno i myślenie o odpowiedzialności. W zasadzie sama dedykacja potrafi mnie przyprawić o łzy. Książka, której lektura boli, ale którą powinien przeczytać każdy.

Świat Bez Kobiet. Płeć w Polskim Życiu Publicznym - Graff Agnieszka

11. Agnieszka Graff, Świat bez kobiet – ujęcie w słowa różnych rzeczy, o których myślałam, ale nie potrafiłam przeformułować, zwrócenie mi uwagi na rzeczy, których nie zauważałam i zadziałanie mi na nerwy rzeczami, z którymi się nie mogłam zgodzić.

12. Judith Butler, Excitable Speech – wolność słowa, odpowiedzialność za słowa, to co słowa z nami robią. Dzięki tej powieści przemyślałam swoje poglądy i trochę je zmieniłam, trochę doprecyzowałam, trochę scementowałam. (A na drugim miejscu chyba Precarious Lives, za projekt etyczny i taką filozofię, którą mogę docenić.)


13. Alice Munro, Dear Life: Stories – książka, do której wiem, że będę wielokrotnie powracać. O starości, żałobie, pamięci, miłości. Mądra, ciepła i tak bardzo do mnie trafiająca.


14. Alison Bechdel, Fun Home: A Family Tragicomic – poruszająca medytacja na temat miłości, rodziny i tożsamości, a do tego napisana dowcipnie, literacko i z pazurem (i tak też narysowana). Na koniec listy powrót do poruszających dla mnie tematów żałoby, lesbijskości i literatury. Autobiografia literacka, która musi trafić do miłośników i miłośniczek literatury.  A zarazem autentycznie poruszająca historia. Moje najnowsze odkrycie.

Jeśli ktoś jeszcze nie zrobił i chce się podzielić, to zapraszam 😉

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarze

w przerwie między książkami: 22 & 24 / 52, czyli cykl Diany Gabaldon

#22: Książka ze Szkocją & #24: Kontynuacja cyklu.

Cały świat czyta teraz Dianę Gabaldon. Po prawdzie, cały świat (a przynajmniej wielbicielki romansideł i kluby książek) czytał ją już w latach 90-tych, ale teraz ruszyła serialowa ekranizacja (z piękną obsadą i piękną scenerią / muzyką i troszkę moim zdaniem nudnawa, ale patrz punkt 1 & 2) i zainteresowanie odżyło, przeżyło renesans, zwielokrotniło się.

Ja Dianę Gabaldon czytałam bardzo dawno temu. Nie cykl, broń bosze – przeczytałam opowiadanie w zbiorze Legendy II, świeżo wówczas w Polsce wydanym. Było o uroczym geju-arystokracie-żołnierzu, w XVIII wieku i w zasadzie tyle zapamiętałam z historii. Nie były to do końca moje klimaty, ale czytało się całkiem fajnie, zachęcona więc tym doświadczeniem, kilka lat później sięgnęłam po zalegający w bibliotece tom 1, wydanie po angielsku. Ciężka cegłówa, twarda oprawa, wydanie brytyjskie zresztą, a więc w wersji zatytułowanej dyskretnie – Cross Stitch. Znałam już wtedy powieść z opinii internetowych – zachwycały się nią recenzentki, piejące na temat romantyczności i świetnych scen erotycznych. Zaczęłam czytać… i odpadłam po około 50 stronach, bo – szczerze mówiąc – jak na romansidło, naprawdę nic się tam nie działo. To prawda, bohaterka cofnęła się w czasie i ktoś wyglądający całkiem jak jej mąż próbował ją od razu zgwałcić, a potem została uprowadzona przez Szkotów, no ale… jakoś tak nudne mi się to wydawało.

Więc dałam sobie spokój, książkę oddałam bez żalu. Trudno się mówi, zamiast tego poczytałam coś innego.

Powrót po latach był więc nieco nieufny, ale wylosowawszy kategorię „książka ze Szkocją” akurat wtedy, gdy znajome zabrały się za lekturę uznałam za znak. Czy miałam rację… cóż.

Outlander (wyd. polskie Obca) i Dragonfly in Amber (Uwięziona w bursztynie) to dwa pierwsze tomy cyklu. Stanowią one bardzo mocno związaną całość, choć Obcą można jeszcze czytać samą i na tym znajomość zakończyć. Niestety, jeśli zacznie się drugi tom, łatwo wkręcić się w cały cykl, bo czekają nas już chyba cliffhangery na zawsze.

Ale do rzeczy. Bohaterką cyklu (a przynajmniej dotychczasowych tomów) jest Claire Randall, pielęgniarka. Po zakończeniu II wojny światowej, która zmusiła ją do długiego rozstania z mężem (historykiem i szpiegiem!), wybiera się z Frankiem Randallem, swoim ślubnym, na podróż do Szkocji. Celem jest lepsze poznanie się po długiej rozłące, a jak dobrze pójdzie – spłodzenie wymarzonego potomka. I nawet nie najgorzej idzie im i jedno i drugie (a zwłaszcza drugie) aż tu nagle Claire dotyka niewłaściwego kręgu kamieni w niewłaściwym momencie i – nagle cofa się około 200 lat w czasie, do okresu tuż przed wojną wywołaną przez pretendenta do tronów Anglii i Szkocji, Karola Edwarda Stuarta, nota bene prawnuka naszego rodzimego Jana III Sobieskiego.

Claire trafia do świata okrutnego i wrogiego – a ona sama, jako kobieta, a do tego niezamężna (bo jak tu Franka wytłumaczyć?), niestosownie ubrana i Angielka – na wrogów nie musi czekać. Niemal natychmiast pada ofiarą próby gwałtu… ze strony mężczyzny wyglądającego kubek w kubek jak jej mąż, a będącego jego dalekim (złym, złym, złym) przodkiem. W pełnym zagrożeń świecie, ostoją staje się dla niej przystojny młody Szkot, gotowy narazić życie i cnotę, by tylko chronić ciemnowłosą piękność, która opatrzyła jego rany. Czy można się jej zatem dziwić, gdy zgadza się na pospieszny ślub z przystojnym i dobrym Jamiem Fraserem? (I czy to zdrada, jeśli twój mąż jeszcze się nie urodził – i nie wiesz, czy kiedykolwiek się jeszcze zobaczycie?)

Claire miota się potem po Szkocji, sama i w towarzystwie, zmuszona uciekać przed złym Jackiem Randallem (przodkiem-gwałcicielem), który z jakiegoś powodu wyjątkowo mocno nienawidzi Mister Frasera. Poznaje „czarownice”-patriotki, dobroduszne kucharki, zazdrosne młode Szkotki (które ostrzyły sobie ząbki na pięknego Jamiego), knujących i brutalnych Szkotów w kiltach i te pe, i te de. A w drugim tomie do całego zestawu dołącza dwór francuski i moce magiczne (już bez cudzysłowu). Oczywiście.

Trochę się książką zawiodłam. Moje oczekiwania nie były wielkie, ale ten rzekomo gorący seks dla mnie był raczej niejasny – w chwilach, gdy spodziewałabym się wyjaśnień, autorka stawała się pruderyjna (np.: czy to był seks oralny czy nie? I jeśli tak, czemu aż tyle gryzienia?), by po chwili skupić się na seksualnym acz mało seksownym detalu. Co więcej, Jamie z pierwszego tomu jakoś nie budził we mnie wielkiej sympatii… potem było już lepiej, ale być może po prostu zadziałała siła przyzwyczajenia. No i ta długość – te powieści można by odchudzić o 400 albo i 500 stron każdą i wyszłoby to lekturze na dobre.

Autorka miała też bardzo dziwne przesłania, począwszy od silnych wątków religijnych (zwłaszcza pod koniec 1 tomu), poprzez jej intensywną fascynację gwałtem (zwłaszcza homoseksualnym) na idealizacji – a wręcz gloryfikacji – kar cielesnych skończywszy (to prawda, że chłosta pokazana jest jako coś złego a bohaterka przeżywa szok, gdy dziecko ma zostać skazane na obcięcie ręki za kradzież, ale wszystkie te historie o tym, że dzieci należy bić [a żony czasem można]) by dobrze je wychować… nawet biorąc poprawkę na historyczne realia wydają się trochę ekscesywne, że tak po polsku to ujmę). Mamy też bardzo nieprzyjemne pokazanie osób homoseksualnych (jak nie gwałciciel to chociaż molestuje, a do tego może pedofil? To przynajmniej zmienia się w kolejnych tomach) oraz spory nadmiar gwałtu.

Czemu więc, mimo tak wielu zarzutów – nie dość, że doczytałam tym razem pierwszy tom, to jeszcze sięgnęłam po drugi od razu? Powodów jest kilka. Po pierwsze, jest to wcale wciągające czytadło. To prawda, przy kolejnych potyczkach przewracałam kartki mało uważnie, ale bardzo chciałam dowiedzieć się, co będzie dalej. Co więcej, postaci drugo- i trzecioplanowe są całkiem interesujące – niestety, dotyczy to zwłaszcza szwarccharakterów a przynajmniej bohaterów raczej mało pozytywnych. No i szkockie krajobrazy są niesamowicie pociągające, a autorka oddaje je całkiem nieźle (jak na Amerykankę). Choć i tak najlepiej pisze ona o macierzyństwie – jej opisy ciąży były zmysłowe i piękne. Szkoda, że z seksem szło jej gorzej 😉

No i znakomicie się przy tym odmóżdżałam. Teraz co prawda dzielnie odstawiłam cykl i przeczytałam dwie poważne książki, ale czuję, że wkrótce wrócę do losów trójkąta miłosnego sprzed Twilightu, do czytadła, które służyło za Greya przed Greyem… No trudno, słaba jestem.

(Żona w ramach #22 przeczytała najnowszą Ali Smith, How to Be Both. Trochę mi wstyd w porównaniu, no ale trudno.)

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Podsumowanie sierpnia – w pigułce

Sierpień literacko był wyjątkowo niestety słaby. Po części wynikało to z podróży – miałam i wyjazd rodzinny (choroba babci) i tydzień solidnego urlopu ze zwiedzaniem Warszawy i snuciem się po kawiarniach i uliczkach i ogrodach, i z romantycznymi obiadami – i na czytanie mało czasu. Po części wynikało to też z obowiązków z pracy, które powoli zaczęły się kumulować. A po części z alternatywnych roz(g)rywek, bo przeszłam dwie części Dragon Age… Ale to był trochę taki czas z Żoną, więc nie żałuję.

Niemniej jednak. Siedem książek, w tym dwie kobyły, dało wynik 2800 stron. Nie jest tragicznie… tylko mało ambitnie.

sierpieńJak widać, czytałam w dużej mierze romanse – zasadniczo ostatnie pięć to romansidła, jedno prehistoryczne (choć romans jest tam najmniej ciekawym wątkiem), trzy klasyczne Courtney Milan (ale to jedna powieść i dwie novelle) i jeden romans z podróżą w czasie (lektura zainspirowana nowo zaczętym serialem, być może napiszę wpis porównujący Outlandera i Dzieci ziemi bo to takie podobnie popularne cykle).

Poza tym – jedna niestety dość rozczarowująca książka non-fiction (spodziewałam się więcej klimatu, dostałam więcej filozofowania na temat wojny i skąd się bierze; niemniej jednak, dużo w tej książce prawdy i słusznych przewidywań, które już zaczęły się chyba sprawdzać, patrząc na Rosję / Ukrainę). No i zaczęłam cały miesiąc lekturą jednej książki dla (młodszej) młodzieży, autorstwa bardzo teraz w blogosferze popularnej Frances Hardinge. Książka niesamowicie klimatyczna (jeśli ktoś lubił Michaela Ende w dzieciństwie, albo podobała się mu Koralina Neila Gaimana, to jest to równie urokliwa lektura). Nie wiem, czy prędko sięgnę po kolejną Hardinge, bo jednak wolę powieści dla ciut starszej niż ciut młodszej młodzieży, ale zasadniczo byłam pod sporym wrażeniem.

Książki były co do jednej czytane na Kindlu (na papierze czytałam trzy albo cztery inne książki, ale żadnej w sierpniu nie skończyłam). Geograficznie – jedna książka z Niemiec, tłumaczona na polski, a poza tym Francja, Wielka Brytania i cztery razy USA.

Najsłabsza w zestawie fikcji była Diana Gabaldon (wolę jednak prehistorię od Szkocji, no i mniej w niej gwałtu a więcej fascynujących realiów). Najlepsza – Frances Hardinge i – jak zwykle – Milan, choć jak na Milan były to słabe książki. No ale Talk Sweetly to tylko novella, a pozostałe dwie – wczesna twórczość, więc wybaczam.

Pełna lista:

  1. Frances Hardinge, Cuckoo Song
  2. Harald Welzer, Wojny klimatyczne
  3. Jean M. Auel, The Valley of Horses
  4. Courtney Milan, Proof by Seduction
  5. Courtney Milan, This Wicked Gift
  6. Courtney Milan, Talk Sweetly to Me
  7. Diana Gabaldon, The Outlander

Plany na wrzesień – przeżyć, w pracy mam katastrofę, która potrwa do lutego włącznie. Myślę, że będę mało blogowała… Ale na pewno cośtam przeczytam! Na razie w ramach odmóżdżania czytam drugi tom Gabaldon (trochę lepszy od pierwszego, ale również Dużo Za Długi!), ale plany są ambitne. Ukazała się nowa Margaret Atwood, nowa Sarah Waters (tym razem chyba znowu z lesbijkami?), a jeśli idzie o młodzieżowe powieści – ukazać ma się nowa Cassandra Clare (w innej interpretacji książki inspirowanej Harrym Potterem), nowy Scott Westerfeld (jeden z moich absolutnie ulubionych pisarzy dla młodzieży), no i Unmade trzeci tom rewelacyjnej trylogii YA Sarah Rees Brennan, The Lynburn Legacy. Nie mogę się doczekać. Będzie co czytać, tylko nie będzie kiedy. Pewnie większość z nich trochę na półce poczeka, ale już się na nie cieszę.

A tymczasem… jadę na ślub koleżanki. Ach, wszystkie te sposoby, w jakie życie utrudnia mi czytanie!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

20/52 – re-reading guilty pleasure z młodości

GUILTY PLEASURE Z MŁODOŚCI (20/52)

Na tę kategorię – grzeszne przyjemności! re-reading! coś ciut wstydliwego! co nieco się szykowałam i gdy nadeszła ona, od razu wiedziałam, po co sięgnę. Powieść, którą z wypiekami (a czasami z niedowierzaniem, z irytacją, z niecierpliwością – ale głównie jednak z wypiekami) czytałam jako gimnazjalistka bodajże.

Dolina koni autorstwa Francuzki Jean Auel, tym razem – czytana po angielsku.

Cykl powieściowy Auel, zapoczątkowany Klanem niedźwiedzia jaskiniowego doczekał się sześciu tomów. Pierwszy raz dorwałam się do cyklu nie po kolei i było to chyba dobre – bo Klan zwyczajnie nie jest specjalnie przyjemną lekturą. Dużo lepiej prezentuje się właśnie The Valley of Horses, kontynuacja, w której bohaterka nie jest już dzieckiem i nie otaczają jej neandertalczycy. Ale wybiegam przed szereg. Konie wspominałam bardzo dobrze z młodości (choć oczywiście czytałam je świadoma wątpliwych wartości literackich). Dalsze tomy były nieco mniej przyjemne, choć trzeci i czwarty jeszcze w miarę. Piąty szczerze mnie jednak wymęczył, a szósty – czytany już na bieżąco, niedawno, gdy został wydany – stanowił co prawda pewną poprawę, ale był jednak mniej grzeszny i przyjemny, a bardziej dojrzały (co pod pewnymi względami wyszło mu nad dobre, pod innymi – mniej).

Po tym przydługim wstępie przedstawiam:

indeksDolina koni to dalszy ciąg losów Ayli, kobiety Cro-Magnońskiej, którą w dzieciństwie adoptowali neandertalczycy. Po wielu perypetiach (opisanych w Klanie) Ayla zostaje z klanu ostatecznie wygnana. Neandertalczycy traktują takie wygnanie jak wyrok śmierci, ale przemyślna Ayla wie, że ma szansę na przeżycie. Jej nowym celem staje się odnalezienie ludzi takich, jak ona – Innych – i w szczególności, znalezienie partnera, który dzieliłby z nią życie.

Dolina koni opowiada o dwóch mniej-więcej równoległych wątkach. Pierwszy z nich to losy Ayli od wygnania: znajduje ona tytułową dolinę, gdzie zapuszcza korzenie, odkrywa krzemień, oswaja konia i lwa jaskiniowego i zasadniczo całkiem nieźle jej się wiedzie (choć męczy ją dojmująca samotność). Zasadniczo jedyną rzeczą, której nie odkrywa, jest niestety masturbacja.

Wątek ten czyta się świetnie. Wiadomo, konieczne jest zawieszenie niewiary, bo Ayla to taki prehistoryczny McGyver, który z kawałka trawy, zwierzęcej kości, odrobiny krzemienia i skóry zbudowała pierwszy komputer (być może przesadzam na potrzeby porównania, ale niewiele), ale opisy prehistorycznych stepów Ukrainy, roślinności i zwierząt i świata pełnego miejsc naprawdę nietkniętych stopą człowieka – a nawet nieznanych jego oku – świata, w którym zwierzęta żyją obok człowieka, w którym rytmy przyrody są dla człowieka surowymi sędziami – stanowi rzadką przyjemność.

Drugi wątek jest niestety dużo mniej interesujący – towarzyszy on Jondalarowi, przyszłemu ukochanemu Ayli, który wraz z bratem przemierza stepy w poszukiwaniu ujścia Dunaju, a po drodze – seksi się z kim popadnie, a właściwie z którą popadnie. Jondalar obdarzony jest magicznym, tańczącym penisem, a opisy jego przyrodzenia i jego seksowności musiały Auel sprawiać naprawdę dużo przyjemności. Niestety, mnie sprawiały jej mniej.

Gdy losy bohaterów wreszcie się przecinają, nie jest wiele lepiej. Pojawiają się odwiecznie irytujące wątki błędów w komunikacji (bohaterowie kochają się i chcą, ale każde jest przekonane, że to drugie jest niezainteresowane). Do tego cały feministyczny motyw arbitralności ról płciowych i samowystarczalność Ayli okazują się warte funta kłaków – Ayla przyjmuje wobec Jondalara postawę na poły służalczą, a narracja wydaje się to pochwalać. Ayla to bowiem kobieta idealna – rozdziewiczona, ale zarazem nieznająca przyjemności seksualnej, zawsze gotowa zaspokajać bohatera, zawsze gotowa go słuchać i podążać za jego przykładem, wdzięczna i niewiele oczekująca. Jedyny konflikt, na który sobie pozwala, to jej sprzeciw wobec gatunkizmu bohatera, gdy uważa on neandertalczyków za zwierzęta, a nie inną ludzką cywilizację.

Wadą powieści jest bez wątpienia jej nierówna jakość i długość – tę samą fabułę można by z łatwością przedstawić na 300 stronach mniej. Niemniej jednak – ku swojemu zaskoczeniu – wątki survivalowe (jak przetrwać polując i zbierając, jak znaleźć dobre miejsce do życia) wciągnęły mnie niezmiernie. Czytałam te – zapewne dla wielu czytelniczek i czytelników nudnawe – opisy z wypiekami, których sceny erotyczne zdecydowanie u mnie nie wywoływały.

Myślałam, że nawet zabiorę się potem po tych Mamucich łowców, czyli tom 3, ale na razie jestem zawalona i czytam co innego, i robię co innego. Cóż, na wszystko przyjdzie czas 😉

 

 

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

urlopowe zakupy książkowe

Ostatni tydzień spędziłam włócząc się z Żoną po Warszawie. Spacery były trochę krajoznawcze, sporo kulinarne… ale nie mogło też zabraknąć książkowych zakupów.

Nabytki: Warszawa: Ogarnij Miasto.Miejski przewodnik subiektywny. Bardzo ciekawy, dwujęzyczny przewodnik po Warszawie – żałuję, że nie miałyśmy go przed wyjazdem, bo lepiej zaplanowałybyśmy swoje wojaże. W środku zakładki przy każdym miejscu, które oglądałyśmy lub zwiedziłyśmy.

(A Warszawa tak bardzo nam się spodobała, że przewidując przyszłoroczne wojaże (oby), nabyłyśmy też Trójmiasto.)

Poza tym zachwyciłyśmy się przecenionym i pięknie zilustrowanym Masterchef Cookery Course, z objaśnieniami, podpowiedziami i przepisami, oraz bardzo ładnie wydanym tłumaczeniem mojej ulubionej powieści Jeannette Winterson, Subtelne symetrie (Gut Symmetries). Bagaże w drodze powrotnej… były ciężkie.

10602765_10152689529301098_959764643_n

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz